
Tego wieczoru szczęście jej nie dopisało. Zanim jeszcze zdążyła postawić stopę na pierwszym schodku, otworzyły się drzwi pokoju na parterze i na korytarz padła smuga światła.
– Verity?
– To ja, mamo – odparła dziewczyna. – Nie musiałaś czekać na mój powrót.
– Nie mogłam zasnąć – odparła starsza kobieta i skierowała się do salonu. Postawiła lichtarz na stole i szczelniej otuliła się szalem. Ogień na kominku zdążył już wygasnąć. – Wiesz, że zawsze się niepokoję, kiedy wracasz tak późno.
– Po przedstawieniu w operze lady Coleman została zaproszona na kolację i życzyła sobie, bym jej towarzyszyła.
– To bardzo nieuprzejme z jej strony – oświadczyła z naganą w głosie pani Ewing. – To niewybaczalne, by prawie codziennie zatrzymywać córkę dżentelmena długo w noc, a następnie odsyłać ją do domu dorożką, zamiast odwieźć własnym powozem.
– Przynajmniej dobrze, że płaci za tę dorożkę – odrzekła Verity. – Jest zimno i pewnie zmarzłaś. – Nie spytała nawet, dlaczego nie pali się w kominku. Utrzymywanie w nocy ognia stanowiłoby wielką ekstrawagancję w ich domowym budżecie. – Chodźmy spać. Jak czuła się wieczorem Chastity?
– Zakasłała zaledwie trzy czy cztery razy – odparła pani Ewing. – I ani razu nie dostała ataku. Najwyraźniej to nowe lekarstwo zaczyna skutkować.
– Miejmy nadzieję – odrzekła z uśmiechem Verity i wzięła ze stołu świecznik. – Chodź, mamo.
Nie uniknęła jednak zwykłych pytań o operę, o strój lady Coleman, a także o to, kto jeszcze z nimi był, do kogo poszli na kolację, co jedli i o czym rozmawiano przy stole. Verity starała się odpowiadać na wszystko najzwięźlej, jak umiała, lecz ze względu na matkę dłużej rozwiodła się na temat kosztownego i modnego stroju swej chlebodawczyni.
