Odłożyła słuchawkę nieco podniesiona na duchu. Przełknęła ostatni kęs kanapki z indykiem, popiła resztką kawy i wróciła do działu sprzedaży. Trzy z sześciu przymierzalni były zajęte. Wyćwiczonym okiem obrzuciła wnętrze sklepu, rejestrując wszystkie szczegóły.

Wejście od Madison Avenue prowadziło do działu z dodatkami. Neeve wiedziała, że o jej sukcesie zadecydowała między innymi dostępność na miejscu biżuterii, torebek, obuwia, kapeluszy i szalików, dzięki czemu klientka przymierzająca suknię lub kostium nie musiała szukać dodatków gdzie indziej. Wnętrze urządzono w odcieniach kości słoniowej z akcentami ciepłego różu na wyściełanych sofach i krzesłach. Ubiory sportowe i oddzielne sztuki wisiały w przestronnych niszach dwa stopnie wyżej niż gabloty. Oprócz wytwornie odzianych manekinów wystawowych w sklepie nie prezentowano żadnych strojów. Potencjalną klientkę prowadzono do krzesła, a sprzedawczyni przynosiła jej do wyboru suknie, kostiumy i garsonki.

To Sal poradził Neeve takie rozwiązanie. „Inaczej będziesz miała hordy wandali zrywających ubrania z wieszaków. Zacznij ekskluzywnie, skarbie, i trzymaj się tego”, poradził i jak zwykle miał rację.

Róż i kość słoniową wybrała Neeve. „Kiedy klientka przegląda się w lustrze, nie chcę, żeby otoczenie zaćmiewało to, co próbuję sprzedać”, wyjaśniła dekoratorowi, który próbował ją namówić na wielkie plamy koloru.

Popołudnie wlokło się powoli, klientek ubywało. O trzeciej Betty wyszła ze szwalni.

– Rzeczy pani Lambston są gotowe – zawiadomiła właścicielkę.

Neeve osobiście przygotowała to zamówienie. Same wiosenne suknie. Ethel była pisarką po sześćdziesiątce, wolnym strzelcem, z jednym bestsellerem na koncie.

– Piszę na każdy temat pod słońcem – zwierzała się jednym tchem Neeve w dniu otwarcia sklepu. – Stosuję inne podejście, świeże spojrzenie.



14 из 235