
Myles podszedł do okna i wyjrzał. Według kalendarza wiosna przyszła przed tygodniem, ale nikt się nie pofatygował, by zawiadomić o tym Matkę Naturę. Myles próbował zapomnieć, jak bardzo Renata lubiła spacery po śniegu.
Opłukał filiżankę po kawie oraz talerz po sałatce i wstawił je do zmywarki. Gdyby wszystkie tuńczyki na świecie nagle zniknęły, co jedliby na lunch ludzie na diecie? Może wróciliby do dobrych tłustych hamburgerów? Na samą myśl pociekła mu ślinka. Ale to mu przypomniało, że miał rozmrozić sos do makaronu.
O szóstej zaczął przygotowywać obiad. Wyjął składniki na sałatkę z lodówki i wprawnie porozrywał sałatę, posiekał szalotkę, pokroił ostrą zieloną paprykę na wąziutkie paseczki. Nieświadomie uśmiechnął się do siebie wspominając, jak w okresie dorastania uważał, że sałatka składa się z sałaty i pomidorów z kleksami majonezu. Jego matka była cudowną kobietą, ale nie miała powołania na kucharkę. Poza tym piekła mięso długo, żeby „zabić wszystkie zarazki”, toteż stek czy wieprzowina były suche i twarde, łatwiejsze do złamania ciosem karate niż do pokrojenia.
To Renata wprowadziła go w świat subtelnych zapachów, pysznego makaronu, delikatnego łososia, pikantnych sałatek lekko przyprawianych czosnkiem. Neeve odziedziczyła talenty kulinarne po matce, lecz Myles przyznawał się po cichu, że z czasem i on nauczył się robić cholernie dobre sałatki.
Dziesięć po siódmej zaczął naprawdę martwić się o Neeve. Pewnie trudno dziś złapać taksówkę. Dobry Boże, nie pozwól jej iść przez park w taki wieczór. Zadzwonił do sklepu, ale nikt nie odbierał. Zanim weszła, dźwigając naręcza ubrań i wlokąc za sobą pudła, gotów był dzwonić na komisariat i prosić, żeby policja poszukała jej w parku. Ugryzł się w język, żeby tego nie powiedzieć.
W zamian zrobił zdziwioną minę, kiedy odbierał od niej pakunki.
– Znowu święta? – zapytał. – Prezenty od Neeve dla Neeve? Wydałaś dzisiejszy utarg na siebie?
– Nie wymądrzaj się, Myles – fuknęła. – Powiem ci tyle, Ethel Lambston może i jest dobrą klientką, ale mam jej powyżej uszu.
