
W ten sposób Denny zgarniał sporo drobnych. Brakowało mu dreszczyku przy planowaniu prawdziwej roboty, ale przynajmniej miał jakieś zajęcie. Tylko raz czy dwa, kiedy natrafił na pijaka z kilkoma dolarami, folgował swoim morderczym skłonnościom. Ale gliny nie przejmowały się pobitym czy zadźganym pijakiem albo włóczęgą, więc Denny praktycznie nic nie ryzykował.
Zawieszenie kończyło mu się za trzy miesiące. Potem mógł zniknąć z horyzontu i zaplanować porządny skok. Nawet kurator trochę się odprężył. W sobotę rano Toohey zadzwonił do niego do delikatesów. Denny dokładnie sobie wyobrażał chuderlawego Mike’a zgarbionego nad biurkiem w niechlujnym gabinecie.
– Rozmawiałem z twoim szefem, Denny. Mówi, że należysz do jego najsolidniejszych pracowników.
– Dziękuję panu.
Gdyby Denny stał przed biurkiem Tooheya, wykręcałby palce w geście nerwowej wdzięczności, doprowadziłby do zwilgotnienia swoje blade orzechowe oczy i rozciągnąłby wąskie wargi w służalczym uśmiechu. Teraz tylko bezgłośnie rzucił plugawe przekleństwo do słuchawki.
– Słuchaj, możesz nie zgłaszać się do mnie w poniedziałek. Mam napięty program i wiem, że na tobie mogę polegać. Zobaczymy się w przyszłym tygodniu.
– Tak, proszę pana.
Denny odłożył słuchawkę. Karykatura uśmiechu wyżłobiła zmarszczki pod jego wystającymi kośćmi policzkowymi. Połowę swoich trzydziestu siedmiu lat spędził pod policyjnym nadzorem, zaczynając od pierwszego włamania w wieku dwunastu lat. Szarawa więzienna bladość na stałe wżarła się w jego skórę.
Rozejrzał się po delikatesach, popatrzył na obrzydliwie cukierkowe stoliki i ażurowe krzesła, biały laminowany kontuar, wywieszki zachwalające specjalność zakładu, dobrze ubranych stałych klientów zaczytanych w gazetach nad grzankami lub płatkami kukurydzianymi. Marzenia, co chciałby zrobić tym ludziom i Mike’owi Tooheyowi, przerwał mu okrzyk kierownika:
– Hej, Adler, rusz się! Te zamówienia same się nie dostarczą!
