
– Tak, proszę pana!
Odliczanie od „tak, proszę pana!”, pomyślał Denny, chwytając kurtkę i karton z papierowymi torebkami.
Kiedy wrócił do delikatesów, kierownik właśnie odebrał telefon. Popatrzył na Adlera ze zwykłą kwaśną miną.
– Mówiłem ci, żadnych prywatnych rozmów w godzinach pracy. Trzasnął słuchawką o dłoń Denny’ego.
Nikt nie dzwonił tutaj do niego oprócz Mike’a Tooheya. Denny warknął swoje imię i usłyszał stłumione „Cześć, Denny”. Natychmiast rozpoznał ten głos. Duży Charley Santino. Dziesięć lat wcześniej Denny dzielił celę w więzieniu Attica z Dużym Charleyem i od czasu do czasu robił dla niego różne rzeczy. Wiedział, że kumpel ma ważne powiązania z mafią.
Zignorował ponaglające spojrzenie kierownika. Przy kontuarze siedziało teraz niewielu klientów, stoliki też były puste. Denny czuł rozkoszną pewność, że Charley zaproponuje mu coś interesującego. Odruchowo odwrócił się do ściany i osłonił dłońmi słuchawkę.
– Tak?
– Jutro o jedenastej. Bryant Park za biblioteką. Wypatruj czarnego chevroleta rocznik osiemdziesiąt cztery.
Denny nawet nie zauważył, że uśmiecha się szeroko, kiedy połączenie zostało przerwane.
Przez cały śnieżny weekend Seamus Lambston siedział sam w mieszkaniu przy Siedemdziesiątej Pierwszej i West End Avenue. W piątek po południu zadzwonił do swojego barmana: „Jestem chory. Niech Matty mnie zastąpi do poniedziałku”. Piątkowej nocy spał dobrze, jak ktoś emocjonalnie wyczerpany, ale w sobotę obudził się w krańcowym przerażeniu.
Ruth pojechała do Bostonu w czwartek i została do niedzieli. Jeannie, najmłodsza córka, była na pierwszym roku na Uniwersytecie Massachusetts. Czek, który Seamus wysłał na opłacenie wiosennego semestru, nie miał pokrycia. Ruth wyprosiła nadzwyczajną pożyczkę z biura i szybko uzupełniła brak. Po płaczliwym telefonie Jeannie pokłócili się tak, że chyba słyszano ich na ulicy.
– Do cholery, Ruth, robię, co mogę! – krzyczał. – Interes marnie idzie. Z trzema dziewczynami na studiach czy to moja wina, że gonimy resztkami? Myślisz, że mam fabrykę pieniędzy?
