Stali naprzeciwko siebie, przestraszeni, wyczerpani i załamani. Zawstydził go wyraz niesmaku w oczach żony. Wiedział, że nieładnie się zestarzał. Sześćdziesiąt dwa lata. Utrzymywał w formie swoje niespełna metr osiemdziesiąt wzrostu dzięki przysiadom i sztangom. Teraz jednak wyhodował brzuszek, którego nie mógł zrzucić, dawniej gęste piaskowe włosy przerzedziły się i przybrały brudnożółty odcień, okulary do czytania zaś podkreślały pulchność twarzy. Czasami spoglądał w lustro, a potem na zdjęcie swoje i Ruth w dniu ślubu. Oboje elegancko wystrojeni, oboje przed czterdziestką, dla obojga drugie małżeństwo, szczęśliwi i pełni zapału. Bar prosperował i chociaż Seamus obciążył go hipotecznie aż po dach, był pewien, że odkuje się za kilka lat. Cicha, schludna Ruth przypominała mu anioła po latach mordęgi z Ethel. „Pokój wart jest każdego wydanego centa”, powiedział adwokatowi, który go przekonywał, żeby nie zgadzał się na alimenty do końca życia.

Tak się cieszył, kiedy przyszła na świat Marcy. Dwa lata później niespodziewanie urodziła się Linda. Szokiem zaś było, kiedy zjawiła się Jeannie, zanim oboje ukończyli czterdzieści pięć lat.

Smukłe ciało Ruth zrobiło się masywne. Kiedy czynsz za bar podwoił się i po troił, a stali klienci odeszli, jej pogodna twarz przybrała wyraz ciągłej troski. Ruth chciała dać córkom tyle rzeczy, na które nie mogli sobie pozwolić. Często warczał na nią: „Dlaczego nie dasz im szczęśliwego domu zamiast kupy ciuchów?”.

Ostatnie lata z tymi wszystkimi wydatkami na studia były mordęgą. Po prostu nie wystarczało pieniędzy. A tysiąc dolarów miesięcznie dla Ethel, dopóki nie wyjdzie za mąż albo nie umrze, stało się kością niezgody. Ruth ciągle wierciła mu dziurę w brzuchu. „Idź do sądu, na litość boską – nalegała. – Powiedz sędziemu, że nie stać cię na wykształcenie dzieci, a ta pijawka zbija majątek. Ona nie potrzebuje twoich pieniędzy. Ma więcej, niż może wydać”.



26 из 235