
Ostatni wybuch w zeszłym tygodniu był najgorszy. Ruth przeczytała w „Post”, że Ethel właśnie podpisała umowę na książkę za pół miliona dolarów zaliczki. Cytowano wypowiedź pisarki, że nowa książka będzie „laską dynamitu wrzuconą do świata mody”.
Dla Ruth to była ostatnia kropla. To i czek bez pokrycia.
– Idź pogadać z tą, tą… – Nigdy nie przeklinała, ale niewypowiedziane słowo zabrzmiało wyraźnie jak krzyk. – Powiedz jej, że pójdę do dziennikarzy i opowiem, jak cię wyzyskuje. Dwanaście tysięcy dolarów rocznie przez ponad dwadzieścia lat! – Z każdą sylabą jej głos nabierał ostrości. – Chcę rzucić pracę. Mam sześćdziesiąt dwa lata. Potem będą wesela i następne wydatki. Zarżniemy się na śmierć. Powiedz jej, że sama stanie się sensacją! Myślisz, że te wytworne magazyny zrobią wyjątek dla jednej ze swoich feministycznych autorek, która szantażuje byłego męża?
– To nie szantaż, tylko alimenty – usiłował tłumaczyć jej rozsądnie. Ale dobrze, porozmawiam z nią.
Żona miała wrócić w niedzielę późnym popołudniem. W niedzielę o dwunastej Seamus otrząsnął się z letargu i zaczął sprzątać mieszkanie. Dwa lata temu zrezygnowali ze sprzątaczki dochodzącej raz w tygodniu. Teraz dzielili między siebie obowiązki, przy stałym akompaniamencie narzekań Ruth. „Właśnie tego potrzebuję po tym ścisku w metrze na Siódmej Alei, żeby spędzać weekend na odkurzaniu”. W zeszłym tygodniu nagle wybuchnęła płaczem: „Jestem taka piekielnie zmęczona”.
O czwartej mieszkanie wyglądało przyzwoicie, choć wymagało odmalowania, a linoleum w kuchni się wystrzępiło. Budynek przeszedł na własność stowarzyszenia lokatorów, lecz Lambstonów nie stać było na wykupienie apartamentu. Dwadzieścia lat i nie mieli nic do pokazania oprócz kwitów za czynsz.
Seamus wystawił ser i wino na stolik koktajlowy w salonie. Meble były wytarte i odrapane, ale w miękkim świetle późnego popołudnia nie wyglądały najgorzej. Już za trzy lata Jeannie skończy szkołę. Marcy w tym roku była seniorką, Linda juniorką. Poganiasz życie, żeby szybciej odeszło, pomyślał.
