
W sobotę wieczorem Neeve i Myles wybrali się do opery, żeby posłuchać Pavarottiego.
– Powinnaś chodzić na randki – gderał Myles, kiedy po przedstawieniu zamawiali kolację u kelnera w Ginger Man.
Córka spojrzała na niego spod oka.
– Słuchaj, Myles, przecież często gdzieś wychodzę. Wiesz o tym. Kiedy pojawi się ktoś ważny, będę wiedziała, tak jak ty i mama wiedzieliście. A teraz zamów mi krewetki scampi.
W niedzielę Myles zwykle wybierał się na wczesną mszę. Neeve lubiła spać do późna i chodziła na pontyfikalną mszę do katedry. Zdziwiła się, kiedy wstała i zobaczyła w kuchni ojca w szlafroku.
– Straciłeś wiarę? – zapytała.
– Nie, pomyślałem, że dzisiaj pójdę z tobą – odparł, siląc się na zdawkowy ton.
– Czy to ma coś wspólnego z wypuszczeniem na wolność Nicky’ego Sepettiego? – Neeve westchnęła. – Oszczędź mi odpowiedzi.
Po kościele postanowili zjeść brunch* [*Połączenie śniadania z lunchem (przyp. tłum.).] w Cafe des Artistes, a potem obejrzeli film w pobliskim kinie. Kiedy wrócili do domu, Neeve znowu wybrała numer Ethel Lambston, odczekała sześć sygnałów, wzruszyła ramionami i dogoniła Mylesa w cotygodniowych zawodach, kto pierwszy rozwiąże krzyżówkę z „Timesa”.
– Piękny, nieskomplikowany dzień – skomentowała, pochylając się nad fotelem ojca, żeby cmoknąć go w czubek głowy po wiadomościach o jedenastej. Spostrzegła wyraz jego twarzy. – Nie mów tego – uprzedziła.
Myles zacisnął wargi. Wiedział, że miała rację. Zamierzał właśnie powiedzieć: „Nawet jeśli jutro będzie ładnie, wolałbym, żebyś nie biegała sama”.
Uporczywe dzwonienie telefonu w mieszkaniu Ethel Lambston nie przeszło niezauważone.
Douglas Brown, dwudziestoośmioletni bratanek pisarki, wprowadził się do niej w piątek po południu. Wahał się zaryzykować, ale przecież mógł udowodnić, że tego dnia wymówiono mu nielegalnie podnajmowany lokal. „Musiałem gdzieś się zatrzymać, dopóki nie znajdę nowego mieszkania”, tak zamierzał się tłumaczyć.
