
Teraz podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.
– Ten projekt. Cudowny. Wesoły. Wytworny. Wdzięczny. Twarzowy. Wciąż najlepsza moja rzecz. Ale nie mów nikomu. Jeszcze mnie nie dogonili. W następnym tygodniu pokażę ci zapowiedź mojej jesiennej kolekcji. Druga moja najlepsza rzecz. Sensacyjna. Jak tam twoje życie miłosne?
– Nie istnieje.
– A co z tym facetem, który zaprosił cię na obiad kilka miesięcy temu? Szalał za tobą.
– Nawet nie pamiętam jego imienia, co mówi samo za siebie. Dalej zbija kasę na Wall Street. Właśnie kupił cessnę i udziały w Vail. Zapomnij o nim. Miał tyle osobowości co mokry makaron. Ciągle powtarzam Mylesowi i tobie też powiem: kiedy pojawi się ten właściwy, będę wiedziała.
– Nie czekaj za długo, Neeve. Wychowano cię na bajkowym romansie twoich rodziców. – Sal głośno przełknął resztę kawy. – Większość ludzi tak tego nie załatwia.
Neeve poczuła przelotne rozbawienie na myśl, że kiedy wujek rozmawiał z przyjaciółmi albo miał przypływ elokwencji, jego aksamitny włoski akcent znikał zastąpiony rodzinnym żargonem.
– Spotykamy kogoś – ciągnął Sal. – Trochę się nim interesujemy. Potem mniej. Ale wciąż się spotykamy i stopniowo coś się dzieje. Nie żadna magia, czasem po prostu zwykła przyjaźń. Dopasowujemy się jedno do drugiego. Możemy nie lubić opery, lecz chodzimy tam razem. Możemy nie znosić sportu, ale zaczynamy grać w tenisa albo biegać. Potem miłość przejmuje rządy. Dziewięćdziesiąt procent ludzi na świecie tak postępuje, Neeve. Wierz mi.
