– Czy z tobą też tak się stało? – zapytała słodko Neeve.

– Cztery razy – rozpromienił się Sal. – Nie bądź taka naiwna. Jestem optymistą.

Neeve dopiła kawę i wstała, wyraźnie rozweselona.

– Ja chyba też, ale ty pomagasz mi to wydobyć z siebie. Co powiesz na obiad w czwartek?

– Doskonale. I pamiętaj, nie stosuję diety Mylesa i nie mów, że powinienem.

Neeve pocałowała Sala na pożegnanie, zostawiła go w gabinecie i pośpiesznie przeszła przez salą wystawową. Wyćwiczonym okiem oceniła modele na manekinach. Niezbyt błyskotliwe, ale dobre. Subtelne zastosowanie koloru, czyste linie, nowatorskie, lecz nie nazbyt śmiałe. Będą się dobrze sprzedawać. Zaciekawiła ją jesienna kolekcja Sala. Czy istotnie jest tak dobra, jak twierdził?

Wróciła do Salonu Neeve na czas, żeby omówić zmianę wystawy z dekoratorem. O szóstej trzydzieści, po zamknięciu sklepu, już rutynowo zawiozła do domu ubrania Ethel Lambston. Znowu nie było żadnej wiadomości od niej, żadnej odpowiedzi na pół tuzina telefonów. Ale przynajmniej widziała przed sobą koniec kłopotów. Jutro rano pojedzie z Tse-tse do mieszkania pisarki i zostawi tam cały bagaż.

Ta myśl przypomniała jej fragment wzruszającego wiersza Eugene’a Fieldsa „Little Boy Blue”: „Ucałował wszystkie i tam je zostawił”.

Ściskając mocniej w ramionach śliskie foliowe worki, Neeve przypomniała sobie, że mały smutny chłopczyk nigdy nie wrócił do swoich ślicznych zabawek.

5

Następnego ranka spotkały się w holu dokładnie o ósmej trzydzieści. Tse-tse zaplotła włosy w warkoczyki i upięła nad uszami. Czarna aksamitna peleryna luźno spływała jej z ramion aż do stóp. Pod spodem dziewczyna miała czarny mundurek z białym fartuszkiem.



43 из 235