
– Nie wiesz, na jak długo Ethel wyjechała? – zapytała, przekrzykując zgiełk.
– Dziwię się, że jej tu nie ma – odrzekła Toni. – Mówiła, że przyjdzie, no, ale wszyscy znamy Ethel.
– Kiedy ma się ukazać jej artykuł o modzie?
– Oddała tekst w czwartek rano. Musiałam dać go prawnikom do przejrzenia, żeby przypadkiem nikt nas nie zaskarżył. Kazali wyciąć kilka rzeczy, ale wciąż jest świetny. Słyszałaś, że Givvons i Marks zawarli z nią wielki kontrakt?
– Nie.
Kelner roznosił przekąski – wędzonego łososia z kawiorem na grzankach. Neeve poczęstowała się jedną, a Toni smutno pokręciła głową.
– Teraz, kiedy wróciła zaznaczona talia, nie mogę sobie pozwolić nawet na oliwkę. – Redaktorka nosiła rozmiar sześć. – W każdym razie artykuł mówi o wielkich trendach ostatnich pięćdziesięciu lat i stojących za nimi projektantach. Spójrzmy prawdzie w oczy, ten temat wałkowano bez końca, ale znasz Ethel. Wszystko traktuje jak plotkarską zabawę. Ale dwa tygodnie temu zrobiła się strasznie tajemnicza. Jak słyszałam, pewnego dnia wtargnęła do gabinetu Jacka Campbella i wycisnęła umowę na książkę o modzie z sześciocyfrową zaliczką. Pewnie zaszyła się gdzieś i pisze.
– Kochanie, jesteś boska! – dobiegły słowa gdzieś zza pleców Neeve. Toni pokazała w uśmiechu wszystkie nieskazitelne korony.
– Carmen, zostawiłam ci chyba z tuzin wiadomości. Gdzieś się ukrywała?
Neeve zaczęła się wycofywać, ale Toni ją zatrzymała.
– Neeve, właśnie wszedł Jack Campbell. To ten wysoki facet w szarym garniturze. Może on wie, gdzie jest Ethel.
Zanim Neeve przedarła się przez całą salę, Jack Campbell był już otoczony gośćmi. Czekała, wysłuchując składanych mu gratulacji. Z treści rozmowy zorientowała się, że właśnie został prezesem i wydawcą u Givvonsa i Marksa, że kupił apartament przy Wschodniej Pięćdziesiątej Drugiej Ulicy i że, jak sam zapewnił, uwielbia mieszkać w Nowym Jorku.
