
Oceniła go na sporo przed czterdziestką – był więc młody jak na zajmowane stanowisko. Włosy miał ciemnobrązowe i krótko obcięte. Podejrzewała, że dłuższe powinny się kręcić. Miał szczupłe, sprężyste ciało długodystansowca, chudą twarz, a oczy ciemnobrązowe tak jak włosy. Uśmiech Jacka wydawał się szczery i tworzył drobne zmarszczki w kącikach jego oczu. Podobało jej się, jak Campbell pochyla głowę, żeby wysłuchać starszego wydawcy, a potem odwraca się do kogoś innego bez cienia niegrzecznego pośpiechu.
Prawdziwa sztuka, pomyślała Neeve, zachowanie całkiem naturalne dla polityków, ale dla niewielu biznesmenów.
Mogła go obserwować nie zwracając niczyjej uwagi. Co takiego wydawało jej się znajome w Jacku Campbellu? Coś. Na pewno już go spotkała. Ale gdzie?
Przeszedł kelner i Neeve wzięła następny kieliszek. Drugi i ostatni, ale przynajmniej, popijając wino, sprawiała wrażenie zajętej.
– Neeve Kearny, prawda?
W chwili, kiedy odwróciła się do Jacka plecami, ten podszedł do niej, by się przypomnieć.
– Chicago, sześć lat temu. Wracałaś z nart, a ja byłem w podróży służbowej. Zaczęliśmy rozmawiać pięć minut przed wylądowaniem samolotu. Byłaś bardzo podekscytowana otwarciem sklepu odzieżowego. Jak ci poszło?
– Świetnie. – Neeve niejasno przypominała sobie wymianę zdań. Wyskoczyła z samolotu w wariackim pośpiechu, żeby złapać połączenie. Praca. Tak to jest. – A ty właśnie zaczynałeś robotę u nowego wydawcy?
– Tak.
– Jak widać, podjąłeś słuszną decyzję.
– Jack, chciałbym, żebyś poznał kilka osób. – Redaktor naczelny „W” ciągnął go za rękaw.
– Nie chcę cię zatrzymywać – powiedziała szybko Neeve. – Tylko jedno pytanie. Słyszałam, że pisze dla was książkę Ethel Lambston. Nie wiesz, gdzie mogę ją złapać?
– Mam jej domowy numer. Czy to pomoże?
– Dzięki, ja też mam. – Neeve uniosła rękę w szybkim geście odmowy. – Nie powinnam cię zatrzymywać.
