
– Tak, wyglądam świetnie – burknął. – Dziękuję.
Wiedział, że facet blokujący chodnik i szczerzący wielkie zęby w nerwowym uśmiechu mieszka dwa lub trzy domy dalej, ale nie pamiętał jego nazwiska. Widocznie w jego głosie zabrzmiała irytacja, bo biegaczowi zrzedła mina.
– W każdym razie cieszę się, że pan wrócił. – Uśmiech był teraz wymuszony. – Piękny dzień, prawda? Dość zimno, ale czuje się wiosnę.
Jeśli potrzebuję prognozy pogody, to włączam radio, pomyślał Nicky i uniósł rękę w pożegnalnym geście.
– Tak, tak – mruknął i szybko ruszył na molo.
Wiatr ubijał kipiącą pianę na powierzchni oceanu. Nicky oparł się o poręcz, wspominając, jak uwielbiał w dzieciństwie jazdę na falach. Matka zawsze na niego wrzeszczała: „Nie wypływaj tak daleko! Utopisz się, zobaczysz”.
Niecierpliwie odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę plaży przy Dziewięćdziesiątej Ósmej Ulicy. Dojdzie tak daleko, żeby zobaczyć kolejkę górską, a potem zawróci. Chłopcy mieli po niego przyjechać. Najpierw wybiorą się do klubu, a potem na uroczysty lunch na Mulberry Street. To dowód szacunku dla niego, ale nie miał złudzeń. Siedemnaście lat to zbyt długa nieobecność. Zabrali się do rzeczy, na które nigdy by im nie pozwolił. Rozeszło się, że jest chory. Dokończą to, co rozpoczęli w ostatnich latach. Odstawią go na bok. Dobrowolnie albo nie.
Joey został skazany razem z nim. Taki sam wyrok. Ale Joey wyszedł po sześciu latach i teraz rządził.
Myles Kearny. Mógł podziękować Mylesowi Kearny’emu za te dodatkowe jedenaście lat.
Nicky zgarbił się na wietrze i usiłował przełknąć dwie gorzkie pigułki. Dzieci twierdziły, że go kochają, ale tak naprawdę wstydziły się go. Kiedy Marie pojechała do nich z wizytą, mówiła znajomym obojga, że jest wdową.
