
Tessa. Boże, jak go uwielbiała, kiedy była małą dziewczynką. Może popełnił błąd, że nie pozwolił się odwiedzać przez te wszystkie lata. Marie regularnie do niej jeździła. Tam i w Connecticut przedstawiała się jako pani Damiano. Chciał zobaczyć dzieci Tessy, ale jej mąż uważał, że trzeba zaczekać.
Marie. Nicky wyczuwał w niej pretensję za te wszystkie lata czekania. Gorzej niż pretensję. Próbowała udawać, że wita go z radością, oczy jednak miała zimne i pełne jadu. Czytał w jej myślach: „Za to, co zrobiłeś, Nicky, nawet wśród przyjaciół jesteśmy wyrzutkami”. Marie skończyła dopiero pięćdziesiąt cztery lata, ale wyglądała o dziesięć starzej. Pracowała w dziale personalnym szpitala. Nie musiała, ale kiedy znalazła sobie tę pracę, powiedziała mu: „Nie mogę ciągle siedzieć zamknięta w czterech ścianach”.
Marie. Nick junior, nie, Nicholas, Tessa, nie, Theresa. Czy naprawdę by żałowali, gdyby Nicky zmarł na atak serca w więzieniu? Może gdyby wyszedł po sześciu latach jak Joey, nie byłoby za późno. Za późno na wszystko. Odsiedział te dodatkowe lata z powodu Mylesa Kearny’ego i dalej by kiblował, gdyby wykombinowali jakiś pretekst, żeby go tam trzymać.
Nicky minął Dziewięćdziesiątą Ósmą Ulicę, zanim sobie przypomniał, że nie zauważył niezgrabnych kształtów starej kolejki górskiej. Potem zobaczył z zaskoczeniem, że linię kolejki rozebrano. Zawrócił po własnych śladach, wepchnąwszy zmarznięte dłonie do kieszeni, kuląc ramiona na wietrze. W ustach miał smak żółci, zagłuszający słoną świeżość oceanu na wargach…
Samochód czekał, kiedy Nicky wrócił do domu. Louie siedział za kierownicą. Louie, jedyny facet, do którego zawsze mógł się odwrócić plecami. Louie, który nie zapominał o przysługach.
– Jak tylko będzie pan gotowy, pojedziemy, Don Sepetti – powiedział Louie. – Dobrze znowu tak do pana mówić. – Nie udawał.
Wszedłszy do domu, by zmienić sweter na marynarkę od garnituru, Nicky dostrzegł ślad posępnej rezygnacji w oczach Marie. Przypomniał sobie szkołę średnią, kiedy musiał napisać streszczenie opowiadania. Wybrał historię człowieka, który znika, a żona uznaje go za zmarłego i „układa sobie wygodnie życie jako wdowa”. Marie też wygodnie ułożyła sobie życie bez niego.
