Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie chciała jego powrotu. Dzieci też odetchnęłyby z ulgą, gdyby zniknął jak Jimmy Hoffa. Jeszcze bardziej wolałyby miłą, czystą, naturalną śmierć, której nie musiałyby później wyjaśniać własnym dzieciom. Gdyby tylko wszyscy troje wiedzieli, jak niewiele ich dzieli od takiego rozwiązania.

– Chcesz zjeść kolację po powrocie do domu? – zapytała Marie. – Bo wiesz, pracuję od południa do dziewiątej. Mam coś przygotować i zostawić w lodówce?

– Nie trzeba.

Milczał podczas jazdy przez Fort Hamilton Parkway i potem, przez tunel Brooklyn-Battery, na dolny Manhattan. W klubie nic się nie zmieniło. Wciąż ta niechlujna zewnętrzna fasada. W środku stół do kart z krzesłami ustawionymi już do następnej gry; ogromny zaśniedziały ekspres do kawy; płatny telefon na podsłuchu, o czym wszyscy wiedzieli.

Jedyną różnicę stanowiło zachowanie rodziny. Och, oczywiście, zebrali się wokół niego, okazywali szacunek, i fałszywie uśmiechali się na powitanie. Ale on to wiedział.

Był zadowolony, kiedy przyszła pora jechać na Mulberry Street. Mario, właściciel restauracji, przynajmniej pozornie ucieszył się na jego widok. Prywatny pokój czekał na nich. Zakąski i pasta należały do ulubionych dań Nicky’ego przed więzieniem. Zaczął się odprężać, poczuł, jak dawna siła napływa powoli do jego ciała. Zaczekał, aż podano deser, cannoli z gęstą czarną kawą espresso. Potem przebiegł spojrzeniem po twarzach dziesięciu mężczyzn, którzy siedzieli w dwóch rzędach niczym identyczne zestawy ołowianych żołnierzyków. Kiwnął głową, witając tych po prawej stronie, a potem tych na lewo. Dwie twarze były dla niego nowe. Jedną zaakceptował. Druga została mu przedstawiona jako „Carmen Machado”.



57 из 235