
Dziesiątki planet zostało przekształconych zgodnie z ziemskimi standardami. Zlecenie 35 nie powinno przedstawiać jakichś szczególnych problemów dla pracujących tu ekip. Było to spokojne miejsce, pełne cichych lasów i łagodnych pagórków, ciepłych mórz i falistych łańcuchów górskich widocznych na horyzoncie. Jednak coś było nie tak na tej nudnej planecie. Zdarzały się tu wypadki, których ilość przekraczała wszelkie statystyczne średnie, zaś zdenerwowani ludzie z obozu powodowali reakcję łańcuchową, która jeszcze powiększała ich liczbę. Można powiedzieć, że wszyscy przyczyniali się do powstania tego efektu. Toczyły się ostre kłótnie pomiędzy obsługą buldożerów a specjalistami od sztucznie prowokowanych eksplozji. Kucharz dostawał histerii nad kadzią tłuczonych kartofli, to znów spaniel księgowego ugryzł w łokieć rewidenta. Z drobnych wydarzeń wynikały duże incydenty.
Robota zaś — wydawałoby się prosta — ledwie się zaczęła.
W namiocie dowództwa Dengue nie spał już, spoglądając refleksyjnie na szklankę whisky z wodą sodową.
— I co tam? — zawołał. — Jak idzie robota?
— W porządku — odpowiedział Morrison.
Nie miał żadnej władzy nad Dengue’em i jego odżywkami. Rządowe przepisy dotyczące inżynierii planetarnej zastrzegały, że obserwatorzy z innych przedsiębiorstw mogą być obecni podczas realizacji każdego projektu. Miało to na celu wzmocnienie stworzonej przez specjalną komisję zasady „współdziałania w dziedzinie metod” w zakresie sposobów pracy na planetach. Jednak w praktyce obserwatorzy poszukiwali nie ulepszonych metod, lecz ukrytych słabości, które ich własne przedsiębiorstwa mogłyby wykorzystać. Jeśli zaś obserwator potrafił doprowadzić szefa robót z konkurencyjnej kompanii do nerwowej drżączki, tym lepiej był widziany przez swoich mocodawców. Dengue był ekspertem w tej dziedzinie.
