
— I do czego zabieracie się teraz? — spytał Dengue.
— Likwidujemy górę — odparł Lerner.
— Świetnie! — wykrzyknął Dengue, wyprostowując się w fotelu. — Tę dużą? — Rozłożył się swobodnie na oparciu i rozmarzonym wzrokiem zaczął wpatrywać się w sufit. — Ta góra była tu już, gdy człowiek grzebał w kurzu w poszukiwaniu larw owadów i dojadał resztki po tygrysie szablozębnym. Boże, ona jest nawet starsza! — Dengue roześmiał się radośnie i pociągnął łyk swojego drinka. — Góra trwała już na morskim brzegu, gdy człowiek, mam na myśli nasz szacowny gatunek homo sapiens, był jeszcze meduzą, próbującą zdecydować się, czy chce zamieszkiwać ocean, czy też stały ląd.
— W porządku — przerwał mu Morrison. — Wystarczy!
Dengue rzucił w jego stronę przenikliwe spojrzenie.
— Ależ Morrison, jestem z ciebie dumny, jestem dumny z nas wszystkich. Przeszliśmy długą drogę od czasu, gdy byliśmy meduzami. W ciągu jednego dnia możemy zniszczyć to, co natura tworzyła przez miliony lat. Możemy rozerwać tę śliczną górkę na strzępy i zastąpić ją betonowo-stalowym miastem, którego gwarantowana trwałość wynosi jeden wiek!
— Zamknij się! — warknął Morrison, ruszając ku niemu z poczerwieniałą z wściekłości twarzą. Lerner, powstrzymując go, położył mu dłoń na ramieniu. Uderzenie obserwatora było najlepszym sposobem na to, by zostać odprawionym z kwitkiem ze swojego stanowiska.
Dengue dokończył drinka i zaczął patetycznym tonem:
— Zejdź nam z drogi, Matko Naturo! Zadrżyjcie, prastare skały i wzgórza, zagrzmij z lęku, nieśmiertelny oceanie, aż do swych najmroczniejszych głębin, gdzie diabelskie potwory suną bezgłośnie w ciemnościach! Ponieważ Wielki Morrison przybył tu, by osuszyć ocean i uczynić zeń spokojny staw, by wyrównać góry i zbudować na ich miejscu dwunastopasmowe superautostrady, wyposażone dodatkowo w toalety dla drzew, stoły piknikowe dla krzewów, restauracje dla skał, stacje benzynowe dla jaskiń, tablice ogłoszeń dla górskich strumieni, a także wiele innych wyszukanych fanaberii, wymyślonych przez półboskiego człowieka.
