
Mariana przyglądała się pięknej Ingrid z niemym podziwem, zwłaszcza jej wspaniałej fryzurze. Całkiem jak Rita Hayworth. Będzie musiała to skopiować. Gdyby tylko miała rude i takie kręcone włosy… Bo ona miała mysi blond, proste i cieniutkie.
Westchnęła!
Mari długo patrzyła na swego męża, pogrążonego w głębokim śnie. Usta miał otwarte i pochrapywał. Pochyliła się nad nim i delikatnie pogładziła po policzku, całkiem poważnie przestraszona, że już do niego nie wróci. On ją przecież kochał! Już tylko dlatego zasługiwał na całą miłość świata!
Mari miała zawsze własny, pogląd na miłość.
Trzej synowie, ogromnie przejęci tym, co miało się stać, ledwo byli w stanie się ubrać. W końcu jednak wszyscy byli gotowi, więc Ingrid uśmiechnęła się jednym z najbardziej niebezpiecznych swoich uśmiechów, cokolwiek diabelskim, trzeba przyznać, i poprosiła, by poszli za nią.
Jedno za drugim, jak gęsi, opuszczali śpiącego ojca, gospodarza Olego Jorgena, i zanurzali się w gęstej mgle, która spowijała średniej wielkości chłopską zagrodę w Trondelag.
Boże, co ja robię? myślała przelękniona Mari, prosząc Wszechmogącego o opiekę.
Wkrótce ich kroki dzwoniły o jakieś twarde podłoże, po którym szli. Dzieci spoglądały po sobie pytająco, trochę przestraszone. Znały tę drogę, ale nigdy czegoś podobnego nie doświadczyły.
Mari natomiast, której przez całe życie brak było pewności siebie, odwróciła się z lękiem, żeby poszukać wsparcia u Olego Jorgena, ale nie widziała już ani bezpiecznego domu, ani obejścia. Miała wrażenie, że ziemia usuwa jej się spod nóg. Zimna, wilgotna mgła oblepiała ich szczelnie, a owa piękna kobieta, która szła przed nią kołysząc biodrami, równie dobrze mogła być huldrą, leśną boginką.
Mari musiała zaciskać zęby, żeby inni nie słyszeli dzwonienia i żeby ona sama nie zaczęła krzyczeć ze strachu albo, co gorsza, nie rzuciła się do ucieczki. Miała przecież dzieci, o nie powinna się martwić. Te zaś nie zdradzały chęci powrotu do domu, choć były w najwyższym stopniu zdziwione i niezbyt pewne siebie.
