
Czekali na niego w przedpokoju. Był z nimi jeszcze jeden mężczyzna. Młody blondyn o żółtozielonych oczach. Gabriel ukłonił mu się uprzejmie. Gość przedstawił się, miał na imię Niklas, i wyjaśnił, że będzie się opiekował mamą Gabriela.
To budziło poczucie bezpieczeństwa. Że ktoś zajmie się także mamą. Gabriel rozejrzał się jeszcze za tatą, Joachimem, ale nigdzie go nie zauważył.
Na dworze było chłodno, ale w powietrzu czuło się wszystkie podniecające zapachy wiosny. Dym ognisk, wilgotna ziemia, młoda zieleń. Gabriel rozglądał się z zaciekawieniem. Nie przywykł wychodzić nocą z domu. Ojca naprawdę z nimi nie było, ale Gabriel nie miał odwagi o niego pytać. Zresztą sam się chyba domyślał, dlaczego. Tata nie pochodzi przecież z Ludzi Lodu. Tata nazywa się Gard. Wielu z Ludzi Lodu ma krewnych nazwiskiem Gard. Christa, Nataniel, mama Karine, sam Gabriel. A także Christel. Jej mama, Mari, była z Józefem, synem Abla. I to on jest prawdziwym ojcem Christel, chociaż nigdy się o nią nie troszczył.
Wuj Józef jest głupi.
Ulvhedin wziął Gabriela za rękę. Jego dłoń wydawała się chłopcu niebezpieczna. Wielka, niezdarna i dosyć straszna. Nie taka jak ręka taty. Całkiem niepodobna!
Gabriel zapomniał, że jest już dużym chłopcem, który ma dwanaście lat. Skończył dopiero siedem i ma iść do pierwszej klasy. Czy mógłby zabrać ze sobą psa? Nie, psa zabrać nie może. Ale dziwna pogoda! Skąd się wzięła ta mgła, która przesłania bramę i drogę do domu? Jak to dobrze, że mama też tu jest! Gabriel nie sądził, że odważyłby się pójść sam. Z tym duchem, który zmarł dwieście lat temu. Mama nie wyglądała na przestraszoną, chociaż jej duch był tak samo stary. Ale może ona tylko udaje spokój? Ze względu na Gabriela.
