
A jeżeli zabłądzili? I dotarli do jakiegoś okropnego miejsca, które może się pojawić jedynie w czyjejś chorej wyobraźni?
Poszukał ręki matki. Nie robił tego już od dawna, był przecież prawie dorosły. Dwanaście lat to wiek, który musi budzić respekt.
Teraz szedł między matką a Ulvhedinem i trzymał oboje za ręce. To, oczywiście, dość dziecinne, ale nie umiał inaczej, postępował po prostu zgodnie z nakazami instynktu samozachowawczego. A i tak serce biło mu jak młotem i bał się, że za chwilę zemdleje.
Niklas szedł po drugiej stronie matki Gabriela. Jakby oba duchy chciały ochraniać dwoje słabych ludzi przed jakimiś niewidocznymi wrogami, czającymi się w gęstej mgle.
Uff! Nie powinien straszyć sam siebie!
Nagle dotarły do niego głosy, stłumione i niewyraźne.
Christa! To przecież głos Christy! I Nataniela! O, jak to dobrze! Mama i on nie są sami w tym obcym, przerażającym świecie. Są krewni, tuż obok.
– Bogu dzięki – szepnęła Karine.
Przywitali się pospiesznie. Z Christą i Natanielem przyszło jeszcze dwóch obcych mężczyzn. Młody, bardzo sympatyczny chłopiec o oczach jak gwiazdy.
– To jest Linde-Lou – przedstawił go Nataniel. – A to Tarjei, niebywale utalentowany – wyjaśniał, wskazując ręką na drugiego, średniego wzrostu młodzieńca o wyrazistych rysach i przenikliwym spojrzeniu. Sprawiał ogromnie sympatyczne wrażenie.
Od razu zrobiło się przyjemniej.
Ruszyli w dalszą drogę. Gabriel marzł przeraźliwie, takiego zimna we mgle jeszcze nie przeżył.
W końcu zapytał cicho:
– Gdzie jesteśmy?
– Właśnie przekraczasz granicę – wyjaśnił Ulvhedin głębokim głosem, który brzmiał dość surowo, lecz mimo to wyczuwało się w nim wesołość. – Zmierzamy do całkiem nieznanego miejsca.
– Daleko od domu? – zapytała Christa.
– I tak, i nie. Nie szliśmy zbyt długo, ale mimo to jesteście bardzo daleko od domu. A przy tym sami nie znaleźlibyście tego miejsca, choć byście przeszukali całą ziemię.
