
– Tak właśnie myślałem – wtrącił Nataniel.
– Ale chyba wrócimy do domu? – szepnął Gabriel, a broda mu drżała. Myślał przede wszystkim o ojcu, który by pewnie strasznie tęsknił.
– Oczywiście, że wrócicie. Już jutro wcześnie rano, nim ktokolwiek zauważy waszą nieobecność.
W ciszy słychać było tylko ich kroki.
Po chwili Nataniel powiedział w zamyśleniu:
– Sądziłem, że granicę można przekraczać tylko w jednym miejscu, na wzgórzach w pobliżu starego Grastensholm. Tam, gdzie Heike sprowadził kiedyś na świat szary ludek. I gdzie zniknęła Vanja z Tamlinem. Tymczasem my idziemy po żwirowej drodze, więc…
– Nie, tamto przejście było tymczasowe, sami Ludzie Lodu je odkryli. Ale to była niebezpieczna droga, spotykało się na niej wiele niepożądanych istot. Ta, którą idziemy, jest właściwa.
– Ty… jak sądzę, nie możesz powiedzieć, dokąd idziemy?
Ulvhedin się uśmiechnął.
– Szczerze mówiąc, to i my nie bardzo wiemy. Ja wiem, którędy, ale nic poza tym. To Gand nas wezwał. Powiedział, że zostaliśmy zaproszeni. Na miejsce spotkania odpowiednie i dla żyjących, i dla umarłych.
– W marmurowych ciemnych salach czarnych aniołów? – zapytała Christa.
– Nie. Z początku myśmy też tak myśleli, ale Gand mówi, że to niemożliwe. Nie, to ktoś inny zaprosił nas na spotkanie do swego domostwa. Nie wiemy jednak, kto.
– To brzmi niezwykle interesująco – rzekł Nataniel. – Ale chyba wiele mamy do zawdzięczenia Gandowi, prawda?
– Oczywiście – potwierdził Tarjei. – Bez niego nigdy by takie spotkanie nie doszło do skutku. Miłość Sagi i Lucyfera to naprawdę wielka wygrana dla Ludzi Lodu.
– Masz rację – przyznał Nataniel. – Wydaje mi się, że walka byłaby dużo, dużo trudniejsza, gdyby nie dziedzictwo czarnych aniołów, które związały się z naszym rodem.
– Byłaby to walka beznadziejna – stwierdził Ulvhedin.
