
Dwa rzędy ławek już się zapełniły. Z tyłu jednak było jeszcze wiele wolnych miejsc. Dolne ławy pozostały puste, Gabriel wiedział, że tam są miejsca dla dotkniętych i wybranych. A na poziomie krzeseł, gdzie on sam siedział…
Na jednym z najbardziej honorowych miejsc… Ta myśl sprawiła, że dostał gęsiej skórki z radości i z pełnego szacunku przejęcia. A także troszkę ze strachu, choć nawet przed sobą wolał się do tego nie przyznawać.
Do sali weszło kilka pań. Najwyraźniej spotkały się przed chwilą i były tym bardzo wzruszone. Gabriel nie widział dokładnie, ale Nataniel szepnął mu do ucha:
– Silje. I Charlotta Meiden.
– Ale przecież one nie są…
– Nie. One nie pochodzą z Ludzi Lodu. Ale przyjdzie tu dziś kilkoro tych, którzy dla rodziny znaczyli szczególnie dużo.
– No tak. Właśnie o tym pomyślałem w związku z osobą Alexandra Paladina.
– Rzeczywiście. A poza tym jeszcze Elisa. Popatrz! Właśnie w tej chwili Ulvhedin wita się z nią serdecznie.
– Uważam, że to bardzo piękne – powiedział Gabriel i zadowolony oparł się wygodnie.
– Masz rację, to bardzo piękne.
W tej samej chwili Gabriel poczuł na plecach lodowate zimno. W milczeniu, człapiąc, wchodził do sali bardzo długi rząd niewysokich ludzi. Zajmowali oni miejsca w tylnych ławach. Gabriel wykręcał szyję aż do bólu, by widzieć lepiej.
– Kim oni są? – zapytał szeptem.
– Taran-gaiczycy – mruknął Nataniel, który także nie spuszczał z nich wzroku. – To nie może być nikt inny. Wiesz przecież, że Tengel Zły zostawił też potomstwo na Wschodzie.
– Wiem – potwierdził Gabriel. – Teraz widzę ich lepiej. Mają takie obce rysy.
– Teraz to lud już całkiem wymarły!
– Ale jak ich dużo! I… – Gabrielem znowu wstrząsnął zimny dreszcz. Ostatni przybysze byli niczym mgła. Oni muszą pochodzić z pradawnych czasów, pomyślał. A przynajmniej z czasów, kiedy Tengel Zły żył jeszcze na Wschodzie. To musiało być gdzieś na początku dwunastego wieku!
