
Gabriel nie był w stanie oderwać oczu od Tengela. Rzecz jasna nigdy przedtem go nie widział, dopiero dzisiejszego wieczora, ale natychmiast poczuł głębokie zaufanie do tego ogromnego mężczyzny o groteskowych rysach jak Ulvhedin, opiekun Gabriela, chociaż ci dwaj byli tylko z pozoru do siebie podobni. Twarz Ulvhedina była bardziej mongoloidalna, Tengel mniej też miał w sobie dzikości.
Patriarcha Ludzi Lodu, jeśli tak można określić kogoś, kto wyglądał na trzydzieści pięć lat, zaczął mówić:
– Większość informacji o moim życiu znacie wszyscy z rodowych kronik. Chciałbym więc teraz powiedzieć o czymś, o czym nigdy dotąd nie słyszeliście.
Jeśli to możliwe, na sali zaległa jeszcze większa cisza.
– W kronikach jest napisane, że moja kuzynka, Eldrid, opowiadała Silje o moim dzieciństwie. O tym, jaki byłem, i jak czciłem swego imiennika, Tengela. I jak nagle się ocknąłem, jakby mnie coś przestraszyło, i postanowiłem, że za nic nie przyczynię się do narodzin kolejnych dzieci dotkniętych dziedzictwem zła. Chciałbym wam teraz właśnie opowiedzieć, jak do tego doszło.
Gabriel wstrzymał oddech i zdaje się, że nie tylko on na tej sali.
– Pewnej zimy w czasach mojej wczesnej młodości w Dolinie Ludzi Lodu panował straszny głód – zaczął Tengel Dobry swą opowieść głosem zdławionym z bólu na wspomnienie tragicznych przeżyć. – Głód nie był dla nas czymś nieznanym, tym razem jednak stanowił śmiertelne zagrożenie dla wszystkich mieszkańców Doliny, a najbardziej chyba dla nas, czworga obciążonych. I wtedy właśnie troje pozostałych złożyło mi pewną propozycję. Powiedzieli, że tak im kazał Tengel Zły. Miewali z nim często kontakty, w każdym razie tak twierdzili. Mnie się to jeszcze nigdy nie przytrafiło i, szczerze mówiąc, zazdrościłem im. Teraz jednak dowiedziałem się, że Tengel Zły chce wypróbować moją lojalność. I otóż oni chcieli, żebym ja…
