
– A ty? – zapytała gwałtownie.
Dominik obserwował jakiegoś małego ptaka, lecącego ku morzu.
– To naturalne, że podobne myśli przychodziły mi do głowy. Ale podzielam twoje zdanie, powinniśmy też myśleć o naszych bliskich. Poza tym ty i ja, i Niklas mamy coś szczególnego, co nas trzyma przy życiu. Irmelin tego nie posiada i dlatego jest słabsza. Musimy o nią dbać.
– Tak. Spróbuję z nią porozmawiać.
Wiatr zwiewał jej włosy na twarz, odrzuciła je energicznym ruchem głowy. Dominik stał niedaleko, uważnie śledził jej gesty.
– Czy znalazłaś sobie… kogoś innego? – zapytał cicho.
– Nie. I rodzice też zaniechali już prób szukania kogoś odpowiedniego dla mnie. Są bardzo mili i dyskretni. Na pewno chcą dla nas dobrze, ale cóż mogą poradzić?
– Owszem. Są tak samo bezradni jak my.
– A ty znalazłeś kogoś?
To pytanie sprawiało ból. Już sama myśl o Dominiku z jakąś inną kobietą… Ale musiała wiedzieć. Nerwowo splatała dłonie.
– Nie, jakbym mógł zrobić coś takiego? Ktoś, kto raz został zauroczony przez Villemo, nikogo poza nią nie widzi.
– Pięknie to powiedziałeś – westchnęła Villemo.
– Choć mama, oczywiście, walczy. Czasami jest na mnie taka zła, że bije pięścią w stół. Ale jest bezsilna. Żal mi ich.
– Oczywiście. Kiedy moi rodzice chcieli mi zaproponować jakiegoś kandydata, powiedziałam im, że nie mam prawa nikogo unieszczęśliwiać. Nie mam prawa wychodzić za mąż, skoro wszystkie uczucia oddałam Dominikowi.
On stał milczący, wpatrzony w zelandzką równinę.
– Co my poczniemy, Villemo? – szepnął po chwili w udręce.
Villemo znowu westchnęła.
– A co by się stało, gdybyśmy, zgodnie z wolą naszych rodziców, zawarli małżeństwa z innymi? – spytała prowokująco.
– Nie! – krzyknął tak gwałtownie, że Villemo drgnęła. Potem odwrócił się ku niej z płonącym wzrokiem i podszedł parę kroków bliżej.
