
W dużo trudniejszym położeniu znaleźli się Tancred i Tristan, ojciec i brat Leny. Z największym wysiłkiem udało im się uzyskać pozwolenie na udział w uroczystościach ślubnych, bo obaj, jako duńscy poddani, mieli wkrótce wyruszyć na wojnę.
Najgorzej przedstawiała się sytuacja samego pana młodego, Orjana Stege, który jako Skańczyk był obecnie poddanym szwedzkim. A na dodatek oficerem. Mimo to jednak zdołali pokonać piętrzące się trudności i wyznaczonego dnia wszyscy przybyli do Gabrielshus. Ród w komplecie. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Tej chwili wyglądali od dawna.
Na statku z Norwegii do Danii Villemo jak pokutująca dusza krążyła od relingu do relingu. Nigdy chyba żaden statek nie wlókł się tak wolno! Nic jej nie obchodziła piękna sceneria wokół, morze i niebo, nic nie miało znaczenia, liczyło się tylko jedno: jedzie oto na spotkanie Dominika!
O Boże, a jeśli on nie będzie mógł przyjechać? Do Grastensholm także dotarły wiadomości o napiętych stosunkach pomiędzy Danią i Szwecją, wszyscy wiedzieli, że jadą na los szczęścia. Czy i kiedy będą mogli wrócić? Wyruszyli jednak, bo ślub w rodzinie był wydarzeniem tak wielkim, że żadna wojna nie mogła mu przeszkodzić.
Lecz Dominik? Tak strasznie się bała…
Gdy zbliżali się do Oresundu i po obu stronach widzieli ląd, Gabriella podeszła do córki. Nie ulegało wątpliwości, że matce coś leży na sercu.
– Villemo…
Jaki ostrożny wstęp! Do rzeczy, kochana mamo! Wiem aż nazbyt dobrze, o co ci chodzi.
– Słucham, mamo.
– Ty… Prawdopodobnie spotkasz w Danii Dominika.
O, tak, mam nadzieję.
– Tak.
– Czy mogłabyś… czy chciałabyś być ostrożna? Ja wiem, że nadal bardzo się kochacie.
Villemo potwierdziła szybkim skinieniem głowy.
– Czy możesz obiecać ojcu i mnie, że nie… że w nic się nie wdasz?
– A co by to miało być? – zapytała głównie po to, by się drażnić.
