
– Jim, zasłużyłeś sobie na nagrodę – mruknął Rye, odwiązując wodze i wskakując na konia.
Nie było nikogo w zasięgu wzroku, kiedy cwałował obok stajni. Przez chwilę dziwił się, dlaczego żaden z jego ludzi nie wyszedł, żeby się przywitać, lecz zaraz uzmysłowił sobie, że wszyscy pewnie gdzieś się pochowali i śmieją się, przewidując jego reakcję na widok dorodnej kusicielki, która pojawiła się w jego pustelni. Powinni byli uprzedzić go o obecności Cherry, ale to popsułoby żart, a kowboje kochają dobrą zabawę nade wszystko. Wbrew swoim chęciom, Rye musiał się uśmiechnąć, a następnie roześmiał się w głos. Odwrócił się akurat w takim momencie, że przyłapał kilku mężczyzn wyglądających ze stajni. Pomachał im swoim czarnym kapeluszem i puścił się galopem.
Kiedy już znalazł się na drodze prowadzącej na Łąkę McCalla, Rye znów mógł się odprężyć i cieszyć swoją wolnością. Ta wysoko położona, mała łąka była jego ulubionym zakątkiem, ostatecznym schronieniem przed frustracją, jaką sprawiało bycie Edwardem Ryanem McCallem III. Zwykle zjawiał się tam zaraz po spłynięciu śniegów, ale w tym roku wiosna nadeszła bardzo późno. Nie zdążył pojechać na łąkę przed wyjazdem do Houston, gdzie chciał odkupić od ojca jednego z jego wystawowych byków.
Zanim Rye kupił rancho, górskich łąk używano jako letnich pastwisk dla bydła i owiec. Na większości z nich wciąż zresztą wypasano bydło. Jedynie ten mały, wysoko położony skrawek ziemi, który zaczął być nazywany Łąką McCalla, od dziesięciu lat leżał odłogiem. Argumenty profesora Thompsona przekonały go, że powinien dać przykład innym właścicielom ziemi w okolicy i zgodzić się, by niewielki kawałek jego terenu powrócił do tego stanu, w jakim znajdował się, zanim biały człowiek przybył na Zachód. Zaś wyniki tego eksperymentu – rozwój pewnych gatunków roślin i powrót dziko żyjących zwierząt – pozwolą pomóc innym krainom w rekultywacji pastwisk.
Rye'a nie trzeba było długo namawiać, by zgodził się na ten eksperyment. Chociaż pochodził z miasta, nigdy nie lubił tam mieszkać. Najbardziej kochał tę dziką krainę, uwielbiał jeździć konno w słońcu, wietrze i ciszy, ciesząc się widokiem gór, ze stokami pokrytymi wspaniałym płaszczem wiecznie zielonych lasów iglastych i drżącej osiki, której listowie pod pieszczotą wiatru mieniło się odcieniami zieleni i srebrzystej szarości. Ta ziemia przynosiła mu ukojenie.
