
I w przeciwieństwie do kobiety – jeżeli dba się o ziemię, to ona za to odpłaci.
Tego samego popołudnia Lisa Johansen siedziała przy górskim strumyku i leniwie poruszała palcami w zimnej, czystej wodzie. Oblewające ją swoim blaskiem słońce było równie ciepłe i zmysłowe jak jej marzenia. "On będzie jak te góry – silny, potężny, wytrwały. Spojrzy na mnie i zobaczy nie włóczącą się po świecie dziewczynę, ale kobietę ze swoich snów. Uśmiechnie się i wyciągnie do mnie ręce, a· potem weźmie mnie w ramiona i…"
Nieważne, czy spała, czy to działo się na jawie, marzenia zawsze kończyły się w tym miejscu. Lisa musiała przyznać, że inaczej być nie mogło – teoretycznie wiedziała doskonale, co następuje potem, ale jej osobiste doświadczenia w męskich ramionach były równe zeru. Przez całe dotychczasowe życie podróżowała po słabo zaludnionych rejonach świata razem z zajmującymi się antropologią rodzicami, co pociągało za sobą izolację od ludzi. Oczywiście, stykała się z mężczyznami, ale byli to prawie wyłącznie członkowie prymitywnych plemion.
Lisa westchnęła, nabrała pełną dłoń wody i zaczęła pić, czując, jak chłód powoli przenika jej ciało. Już minęły dwa tygodnie, a ona wciąż nie mogła nacieszyć się tą górską wodą – przejrzystą, słodką i czystą, płynącą w dzień i w nocy, czarodziejskim płynem, który zawsze był w zasięgu ręki. Pochyliła się, żeby znów się napić, i wtedy doszedł ją stłumiony stukot kopyt. Wyprostowała się i osłoniła ręką oczy. U wylotu doliny widać było dwóch jeźdźców. Wstała szybko, wytarła ręce o znoszone dżinsy i w myśli zrobiła przegląd swoich mizernych zapasów.
