
— Największy osioł — oświadczyła Valentine. Peter zerwał się na nogi i ruszył do niej. Zrobiła krok do tyłu. Ender zdjął maskę. Peter rzucił się na łóżko i wybuchnął śmiechem, głośnym i szczerym. Łzy stanęły mu w oczach.
— Rany, jesteście świetni! Najwięksi frajerzy na planecie Ziemia.
— Teraz nam powie, że to tylko żarty — stwierdziła Valentine.
— Nie żarty, ale gra. Mogę sprawić, że uwierzycie we wszystko.
Będziecie tańczyć jak kukiełki — po czym odezwał się sztucznie grubym głosem: — Zabiję was, posiekam na drobne kawałeczki i wyrzucę na śmietnik — znów się roześmiał. — Najwięksi frajerzy systemu słonecznego.
Ender stał nieruchomo, patrzył, jak Peter się śmieje i myślał o Stil-sonie, o tym, jakie to uczucie trafić w miękkie ciało. Tu był ktoś, komu by się coś takiego przydało. Ktoś, komu się należało.
— Ender, nie — szepnęła Valentine, jak gdyby potrafiła czytać w myślach.
Peter przewrócił się nagle na bok, zeskoczył z łóżka i przyjął pozycję obronną.
— Tak, Ender — powiedział. — Kiedy tylko zechcesz, Ender. Ender podniósł prawą nogę i zdjął but. Podniósł go do góry.
— Widzisz tutaj, na czubku? To krew, Peter.
— Ooh! Ratunku, zaraz zginę! Ender zabił bandytę z korkowca i zaraz mnie też zabije!
Nic do niego nie docierało. Peter był w głębi serca zabójcą i nikt o tym nie wiedział z wyjątkiem Valentine i Endera.
Wróciła mama i rozczuliła się nad Enderem z powodu czujnika. Wrócił ojciec i zaczai powtarzać, jaka to cudowna niespodzianka, że mają takie wspaniałe dzieci, aż rząd zlecił im trójkę, a teraz nie chce żadnego, więc mogą zostać ze wszystkimi trzema, wciąż mieć Trzeciego… aż Ender miał ochotę krzyczeć wiem, że jestem Trzeci, wiem dobrze, jeśli chcesz to sobie pójdę, żebyś nie musiał się wstydzić, przepraszam, że zabrali mi czujnik i teraz masz troje dzieci bez żadnego wytłumaczenia, jakie to kłopotliwe, przepraszam, przepraszam.
