
Kiedy któregoś dnia zajrzał do niej w czasie pracy, zaskoczyła go swoim chłodem i powagą. Zresztą, odkąd ją pamiętał, zawsze trzymała wszystkich na dystans. Zauważył jednak, że od kiedy się pobrali stała się bardziej swobodna i naturalna. Pocałował ją delikatnie w kark, a ona poczuła dreszcz rozkoszy przebiegający jej po plecach.
– Zaczekaj, odłożę tylko zakupy… – uśmiechnęła się tajemniczo i spróbowała odebrać mu jedną z toreb, ale on nie pozwolił na to i pocałował ją w usta.
– Po co czekać?
– Andy… daj spokój… – Jego ręce zaczęły przesuwać się po jej ciele, uwolniły ją od ciężkiego palta, rozpięły czarne guziki żakietu. Torby z zakupami odfrunęły w kąt, podczas gdy ich rozpalone usta i ciała zwarły się w namiętnym uścisku. Jean wymknęła mu się na chwilę, by zaczerpnąć powietrza; zachichotała, ale to nie ostudziło jego pożądania.
– Andy… co w ciebie dziś wstąpiło…? Uśmiechnął się do niej figlarnie, nie chcąc jej zrazić jakimś niewłaściwym słowem.
– Nie pytaj.
Zamknął jej usta kolejnym pocałunkiem, jednym ruchem ręki pozbywając się palta, żakietu i bluzki. W chwilę później na podłogę zsunęła się spódnica, odsłaniając biały, koronkowy pas, z takimi samymi majteczkami, jedwabne pończochy ze szwem i parę absolutnie oszałamiających nóg. Przesunął rękami po jej gładkiej skórze i znowu przyciągnął ją mocno do siebie. Nie oponowała, gdy delikatnie ułożył ją na kanapie. Wręcz przeciwnie, zerwała z niego ubranie. Nagle usłyszeli łoskot przejeżdżającego pociągu i oboje zaczęli się śmiać.
– Do diabła z nim… – zamruczał, jedną ręką rozpinając jej biustonosz.
Uśmiechnęła się.
– Wiesz, nawet polubiłam już ten dźwięk…
Tym razem to Jean go pocałowała i chwilę później ich ciała znów splotły się ciasno. Wydawało się, że upłynęły całe godziny, zanim jedno z nich przerwało ciszę, panującą w pokoju. W kuchni nadal paliło się światło, przy drzwiach wejściowych także, tylko w saloniku, gdzie leżeli i w małej sypialni obok panowała ciemność. Ale nawet po ciemku czuł, że Jean przygląda mu się.
