
– Coś jest nie tak, prawda? – Przez cały tydzień czuła jakiś niewytłumaczalny ucisk w żołądku. Zbyt dobrze znała swojego męża.
– Andy…?
On nadal nie wiedział, jak jej to powiedzieć. Wcale nie było mu łatwiej niż dwa dni temu. Im bliżej końca tygodnia, tym będzie trudniej. Ale kiedyś musi to zrobić. Gdyby mógł odłożyć to na później. Po raz pierwszy od trzech dni, zaczął nagle zastanawiać się, czy podjął właściwą decyzję.
– Naprawdę nie wiem, jak ci to powiedzieć.
Ale ona już wiedziała, co Andy ma na myśli. Gdy patrzyła na niego w ciemności, czuła jakby jej serce przestawało bić. Miała oczy szeroko otwarte i, jak często przed laty, zmartwiony wyraz twarzy. Tak bardzo różniła się od niego. Jego oczy roziskrzone były śmiechem, a myśli wesołe i jasne. Miał radosne spojrzenie, a w zanadrzu zawsze jakiś żart czy dowcipną uwagę. Życie obchodziło się z nim łagodnie. Jean nie miała tyle szczęścia. Cechowało ją to samo nerwowe napięcie, jakie pojawia się u dzieci ciężko doświadczonych przez los. Urodziła się w rodzinie alkoholików. Jej siostra, cierpiąca na epilepsję, umarła leżąc w łóżku obok Jean. Miała wtedy trzynaście lat, Jean dziewięć. Osierocona w wieku osiemnastu lat, niemal od urodzenia walczyła o przetrwanie. I mimo to był w niej jakiś specjalny, wrodzony urok, któremu nie pozwolono rozkwitnąć, jednak Andy wiedział, że to nastąpi we właściwym czasie. Trzeba go tylko dobrze pielęgnować. Ale teraz nie mógł już nic zrobić i to dawne, smutne spojrzenie, które pamiętał z czasów, kiedy się poznali, znowu pojawiło się w jej oczach.
– Jedziesz, prawda?
Potwierdził kiwnięciem głowy, a jej głębokie, ciemne oczy wypełniły się łzami. Jean położyła się na kanapie, na której kochali się jeszcze przed chwilą.
