– Kochanie, proszę, nie patrz tak na mnie…

Poczuł się w tej chwili zwyczajnym sukinsynem. Nie mogąc znieść jej bólu, nagle wstał i odszedł w głąb pokoju, by wyjąć paczkę Cameli z kieszeni palta. Wyciągnął nerwowo papierosa, zapalił go i usiadł w zielonym fotelu, naprzeciwko kanapy. Teraz płakała już otwarcie, lecz gdy spojrzała na niego, nie dostrzegł w jej oczach zaskoczenia.

– Wiedziałam, że pojedziesz.

– Muszę, kochana.

Pokiwała głową. Miał wrażenie, że go rozumie, ale wiedział jednocześnie, że przez to jej ból nie zmniejszał się. Wydawało się, że upłynęły całe godziny, zanim zdobyła się na odwagę, żeby zapytać o to, co interesowało ją teraz najbardziej.

– Kiedy?

Andy Roberts poczuł, jak głos więźnie mu w gardle. To były najtrudniejsze słowa, jakie kiedykolwiek musiał wypowiedzieć.

– Za trzy dni.

Zadrżała i znów zamknęła oczy, kiwając głową, a łzy spływały po jej policzkach.

W ciągu następnych trzech dni już nic nie toczyło się normalnie. Przestała chodzić do pracy, zachowywała się jak w transie. Robiła dla niego wszystko, co tylko udało jej się wymyśleć; prała bieliznę, zwijała skarpetki, piekła ciasteczka na drogę. Przez cały czas krzątała się, jakby mogła w ten sposób powstrzymać to, co było nieuniknione. Ale to już nie miało sensu. W sobotę wieczorem zmusił ją wreszcie, by się uspokoiła, przestała pakować rzeczy, których nie potrzebował, zostawiła ciasteczka, których i tak nie zje, i skarpetki, którymi sam mógł się zająć. Gdy wziął ją w ramiona, Jean załamała się zupełnie.

– O Boże, Andy… nie mogę… co ja bez ciebie zrobię…? Gdy spojrzał jej w oczy i zrozumiał, jak bardzo ją skrzywdził, poczuł nagle rozdzierającą pustkę. Ale nie miał wyboru… już za późno… był mężczyzną… musiał walczyć… potrzebowała go ojczyzna…

Pomimo żalu i dręczących go wyrzutów sumienia odczuwał także dziwny, dotąd nie znany dreszcz emocji. Wyprawa na wojnę była dla niego jakąś niepowtarzalną szansą, niemal mistycznym rytuałem, dzięki któremu miał się stać prawdziwym mężczyzną.



6 из 356