I właśnie w sobotni wieczór owładnęły nim te sprzeczne uczucia. Był rozdarty między miłością do Jean, a obowiązkiem, który miał spełnić. Wiele by dał, żeby być już w pociągu, w drodze na zachód i mieć to wszystko za sobą. Już niedługo. O piątej rano miał zameldować się na Grand Central Station. Kiedy obudził się rano i wstał, by się ubrać – spojrzał na Jean. Wydawała się spokojniejsza. Chociaż łzy jej już obeschły, miała czerwone, opuchnięte oczy i zrezygnowany wyraz twarzy. Czuła się tak, jakby po raz drugi traciła siostrę albo rodziców. Andy był dla niej wszystkim. Wolałaby umrzeć, niż go utracić. I nagle on też ją opuszczał.

– Poradzisz sobie, prawda kochanie? – Usiadł na brzegu łóżka. Patrzył na nią, szukając potwierdzenia. Uśmiechnęła się smutno i wyciągnęła do niego rękę.

– Chyba będę musiała? Wiesz, czego bym chciała? Oboje wiedzieli, że chciała, by nie jechał na wojnę. Czytała w jego myślach całując koniuszki jego palców.

– Poza tym… Myślę, że w tym tygodniu mogłam zajść w ciążę…

Emocje ostatnich dni sprawiły, że zapomnieli o jakichkolwiek środkach ostrożności. Zdawał sobie z tego sprawę, ale tyle wydarzyło się w tym tygodniu. Liczył na to, że był to dla niej ten bezpieczny okres. Ale po tym, co powiedziała, zaczął mieć wątpliwości. Przez cały czas byli bardzo ostrożni, bo ustalili już dawno, że nie będą mieli dzieci przez kilka pierwszych lat po ślubie. Chcieli najpierw znaleźć lepszą pracę. Andy miał nadzieję, że uda mu się wrócić jeszcze na dwa lata do college'u. Nie spieszyli się, byli oboje tacy młodzi, ale teraz… w tym ostatnim tygodniu wszystkie ich życiowe plany legły w gruzach.

– Właśnie miałem wątpliwości w tym tygodniu… Czy myślisz, że mogłaś…? – Przyglądał się jej trochę spłoszony. Nie, tego by nie chciał. Zostawić ją samą w ciąży. A on, Bóg wie gdzie, w wojennej zawierusze.

Wzruszyła ramionami. – Może… – Uśmiechnęła się i usiadła. – Dam ci znać.



7 из 356