
– Już idę, tato.
Tad otoczył go potężnym ramieniem, uważając, by nie zniszczyć starannie wypracowanej fryzury chłopca. Trudno mu było uwierzyć, że jedno z jego dzieci bierze dziś ślub. Wydawało mu się, że są wciąż tacy mali… pamiętał, kiedy Jared uczył się chodzić… i gonił kurczaki… i spadł z traktora, gdy miał cztery latka… jak go uczył jeździć konno, gdy chłopiec miał siedem lat… jak z nim polował – Jared był wówczas niewiele większy od strzelby… a oto dziś Becky brała ślub.
– Zapowiada się piękny dzień. – Spojrzał w niebo i uśmiechnął się do syna. Zawołał jeszcze trzech robotników i zaczął wydawać polecenia, gdzie stawiać stoły.
Upłynęła cała godzina, nim wszystko wyglądało tak, jak chciał. Kiedy poszedł razem z Jaredem do kuchni, by napić się czegoś zimnego, nie zastał już tam ani Crystal, ani żadnej z kobiet. Wszystkie zgromadziły się w pokoju dziewcząt, zachwycając się suknią ślubną, wzdychając i ocierając ukradkiem łzy na widok Becky w koronkowo-tiulowej kreacji. Wyglądała ślicznie, jak wszystkie panny młode. Kobiety stłoczyły się wokół niej, życząc dziewczynie wszystkiego najlepszego i robiąc aluzje do nocy poślubnej, aż Becky zaczerwieniła się jak piwonia i odwróciła się w stronę siostry. Crystal stała cichutko w kąciku i wkładała swoją prostą sukienkę, która zdawała się tym bardziej uwydatniać urodę dziewczyny. Wciągnęła już nylony – była z nich taka dumna – i wsunęła białe pantofelki na płaskim obcasie. W wianku z białych różyczek na złocistych włosach wyglądała jak aniołek. Przy niej Becky zdawała się przesadnie wystrojona i wcale nie tak olśniewająca. Teraz, gdy Crystal stała nieruchomo, dało się dostrzec ten nieuchwytny moment przeistaczania się dziewczyny w kobietę. Nie było w niej nic sztucznego, surowego czy ostrego, tylko delikatna słodycz i zdumiewająca uroda.
– No cóż… Crystal jest bardzo ładna – powiedziała jedna z kobiet, jakby używając takich normalnych słów, chciała umniejszyć olśniewające piękno, ale nie na wiele się to zdało.
