
– No, chodźmy już – powiedziała w końcu Olivia i wyprowadziła kobiety przed dom, gdzie czekali jej mąż i Jared. Do kościoła postanowili jechać dwoma samochodami. Ślub miał być skromny, gości zaproszono na lunch, w kościele zaś zjawią się tylko najbliżsi.
Tad obserwował kobiety schodzące z ganku. Rozmawiały, śmiały się i chichotały jak młode dziewczęta. Przypomniał mu się dzień własnego ślubu. Olivia wyglądała cudownie w sukni ślubnej swojej matki. Wydało mu się, że działo się to dawno temu. Teraz była zupełnie inna, wiecznie zmęczona i wyraźnie postarzała. Los nie obszedł się z nimi łagodnie, szczególnie ciężko im się egzystowało w okresie kryzysu, ale na szczęście złe czasy minęły. Ranczo prosperowało, dzieci były prawie dorosłe, żyli sobie spokojnie i szczęśliwie w swoim małym świecie, w cichej, zagubionej w górach dolinie. W pewnym momencie wstrzymał oddech. Ujrzał na ganku Becky, onieśmieloną i dumną zarazem, welon zakrywał jej twarz, w drżących dłoniach ściskała wiązankę róż. Wyglądała prześlicznie i Tad poczuł, że łzy zakręciły mu się w oczach.
– Czy nie wygląda jak z obrazka? – szepnęła z dumą Olivia, zadowolona z wrażenia, jakie wywarła na nim starsza córka. Przez całe lata robiła wszystko, by więcej pokochał Becky, ale jego sercem niepodzielnie władała Crystal… Crystal… ze swoją żywiołowością i ujmującym wdziękiem… wiecznie depcząca mu po piętach. Ale w końcu Becky się udało.
– Wyglądasz prześlicznie, córuniu. – Pocałował ją lekko w policzek, czując na ustach dotyk welonu, i ścisnął rękę. Oboje z trudem powstrzymywali łzy.
