
Podniósł się szmer niezadowolenia wśród tych, którzy nie znosili niespodzianek i niepewności. Jack nie brał w tym udziału. Nie wiedzieć jak, znalazł się w pobliżu przeznaczonej dla niego panny. Splótł więc ręce z tyłu, przywołał uśmiech na usta i zaczął się do niej zalecać.
Rozdział drugi
Isabella Gellee, hrabina de Vacheron, jechała z Londynu na południe luksusowym, resorowanym powozem, który wysłał po nią książę Portland. Miała własny powóz – wyjaśniła w liście do księżnej, ale jej wysokość odpisała, że książę nalega, by przyjęła jego. A księcia nie można było odwieść od raz powziętego postanowienia.
– Mamo, daleko jeszcze? – zapytała szczupła, ciemnowłosa dziewczynka siedząca naprzeciw niej.
– Niedługo będziemy na miejscu – odrzekła Isabella uśmiechając się ciepło do córeczki, która zwykle grzecznie i cierpliwie znosiła długą podróż. Ludzie często chwalili dziewczynkę za dobre zachowanie. Isabella jednak czasami wolałaby, aby Jacqueline była trochę psotna, bardziej ruchliwa – tak jak inne dzieci.
Usłyszawszy senne pomruki i sapanie, Isabella pochyliła się z uśmiechem. Marcel poruszył główką na jej podołku i oparł się rączkami o nogę matki, szukając wygodniejszej pozycji. Nie obudził się i przestał mruczeć, gdy Isabella położyła delikatnie dłoń na jego jasnych włoskach.
Synek narzekał, płakał, marudził, wiercił się i ziewał przez całą drogę, wypełniając powóz jękami. Niezbyt lubił podróżować. Ale zgodnie ze swoją łagodną naturą zwinął się wreszcie w kłębek i zasnął. Isabella miała nadzieję, że nie obudzi się, zanim dojadą do Portland House. To na pewno już blisko.
