
– Nie szukam chłopaka, wciąż kocham Harry’ego. Zresztą nie zmienia się partnera tak z dnia na dzień.
– Ten byłby dla ciebie dużo lepszy!
– Przykro mi cię rozczarować, ale nie jest w moim typie.
– Przynajmniej spróbuj!
– Claro, jedziemy na zakupy, a nie na podryw. Biegnij się przebrać. Aha, nie wygaduj podobnych rzeczy przy panu Kingsfordzie lub przy Sophie, bo będę na ciebie naprawdę zła – zagroziła, co nie wywarło na siostrzenicy najmniejszego wrażenia.
Skoro nie musiała prowadzić, Thea mogła podziwiać malownicze krajobrazy. I podziwiałaby, gdyby jej wzrok co chwilę nie biegł w kierunku Rhysa. Przyjemnie się z nim jechało. Jego dłonie pewnie spoczywały na kierownicy, prowadził płynnie i bardzo spokojnie. Nie to, co ona, której myliły się biegi, która denerwowała się na innych kierowców i wpadała w panikę, nie pamiętając, czy ma jechać normalnie lewą stroną drogi, czy też prawą.
I nie to, co Harry – ten z kolei nie mógł znieść, gdy ktoś jechał przed nim lub próbował wyprzedzić jego wystrzałowy wóz.
Z Rhysem czuła się bezpiecznie. Pewnie dałby sobie radę nawet w odrzutowcu, gdyby obaj piloci zachorowali czy zasłabli. Widziała niedawno taki film. Pasażerowie wpadli w panikę i w końcu to główna bohaterka musiała sprowadzić samolot na ziemię, chociaż nie miała żadnego doświadczenia i bała się bardzo. Gdyby na pokładzie znajdował się Rhys, bez problemu przejąłby stery i spokojnie wylądował.
Tak, ale wtedy film byłby nudny…
Nie, dlaczego? Wystarczyłoby, żeby między Rhysem a bohaterką – w tej roli reżyser powinien obsadzić kogoś podobnego do Thei – zaczęło coś iskrzyć. W którejś ze scen znaleźliby się razem w pokoju hotelowym i okazałoby się, że w recepcji nastąpiła pomyłka, więc w rezultacie muszą spać w jednym łóżku, i żadne z nich nie miałoby piżamy, więc Rhys by powiedział: „Po co marnować okazję?”, na co Thea…
