
– Ojej! – zachwyciła się Clara. – Mogę popływać po śniadaniu?
Dookoła panowała cisza i spokój, powietrze było przesycone wonią ziół.
– Mmm… Czujesz ten zapach? Tymianek i oregano – mruknęła z rozmarzeniem Thea. – Na kolację mogłybyśmy zjeść jagnięcinę…
– Najpierw pomyślmy o śniadaniu – zarządziła przytomnie dziewczynka.
Niechętnie łypnęły w prawą stronę i pomaszerowały w lewą. Zapukały do drzwi. Cisza.
– Dzień dobry! – zawołała Thea. Cisza.
– Nikogo nie ma – wyszeptała Clara.
Odwróciły się. Z tego miejsca miały lepszy widok niż ze swojego tarasu na domek gburowatego sąsiada, ujrzały więc, że mężczyzna siedzi przy stole pod pergolą, którą bujnie porasta winorośl. Towarzyszyła mu kilkuletnia dziewczynka.
Thea zagryzła wargi. Iść tam czy nie iść? Już raz doświadczyły wyjątkowo nieprzyjemnego przyjęcia, więc po co się ponownie narażać? Jeśli ma odrobinę godności, nie poprosi go nawet o szklankę wody, tylko weźmie kluczyki i pokona tę koszmarną trasę do miasteczka, pełną zakrętów śmierci.
Ze zmagań między dumą a żołądkiem zwycięsko wyszedł ten drugi.
Jak zawsze.
– Pewnie już mu trochę przeszła złość na nas – powiedziała z nadzieją do siostrzenicy. – Albo jego żona zwróciła mu uwagę, że nieładnie się zachował. W końcu nie narobiłyśmy aż takiego hałasu, przyjeżdżając.
– Ale była piąta rano – mruknęła ponuro Clara. – I wjechałaś w jego samochód, ciociu.
– Oj, bez przesady, tylko trochę go zarysowałam.
– Lepiej jedźmy do miasta – zaproponowała dziewczynka, przypominając sobie wściekłą awanturę.
Thea może dałaby się przekonać, lecz nagle coś spostrzegła i wyprężyła się cała jak pies myśliwski, który wytropił zwierzynę.
