
— Zeszłego wieczoru odkryłam w końcu, o co chodzi. To wasz Dunstan.
— On chyba nie… — Pani Thorn zakryła dłonią usta.
— Ach nie! — Pani Hempstock pospiesznie potrząsnęła głową i ściągnęła wargi. — Nic z tych rzeczy. Po prostu ją ignoruje. Nie widziała go od wielu dni. Ubzdurała sobie że już go nie obchodzi. Całymi dniami trzyma w dłoni przebiśnieg, który od niego dostała, i szlocha.
Pani Thorn odmierzyła kolejną porcję herbaty do im bryka i nalała wrzątku.
— Prawdę mówiąc — przyznała — Thorny i ja także martwimy się o Dunstana. Jest jakiś otępiały. To chyba najlepsze określenie. Nie wypełnia swoich obowiązków. Thorny mówi, że chłopak musi się ustatkować. Gdyby tylko zechciał, Thorny gotów jest zapisać mu całą zachodnią łąkę.
Pani Hempstock powoli skinęła głową. — Hempstock z pewnością chętnie ujrzałby naszą Daisy znów szczęśliwą. Na pewno zapisałby jej stado naszych owiec.
Owce Hempstocków słynęły na wiele mil ze swej gęstej wełny i sporej (jak na owce) bystrości. Miały zakrzywione rogi i ostre raciczki. Pani Hempstock i pani Thorn popijały swą herbatę i tak wszystko zostało ustalone.
W czerwcu Dunstan Thorn poślubił Daisy Hempstock. I jeśli nawet pan młody sprawiał wrażenie nieco rozkojarzonego, panna młoda była szczęśliwa i radosna, jak każda młoda żona.
Za ich plecami ojcowie omawiali plany domu, który zbudują nowożeńcom na zachodniej łące. Matki zgodziły się, że Daisy wygląda niezwykle pięknie. Jaka szkoda, że Dunstan nie pozwolił jej ozdobić sukni szklanym przebiśniegiem, który kupił w kwietniu na jarmarku.
I tak właśnie ich zostawimy, w zamieci różanych płatków, szkarłatnych i herbacianych, białych i różowych.
No, może dodamy coś jeszcze.
Nowożeńcy do czasu zbudowania domu zamieszkali w chacie Dunstana. Byli niewątpliwie szczęśliwi, a codzienne zajęcia — hodowla, wypas, strzyżenie i pielęgnacja owiec — powoli sprawiły, że z oczu Dunstana zniknął wyraz zagubienia.
