
— Zabierz mnie tam — powiedział mężczyzna w cylindrze i Dunstanowi nie przyszło nawet na myśl, że mógłby odmówić.
Księżyc świecił jasnym blaskiem wysoko na niebie.Zeszli z wioski do lasu. Minęli farmę Thornów (po drodze dżentelmen w cylindrze przestraszył się krowy, która zasnęła na łące i prychnęła przez sen). W końcu dotarli do chaty Dunstana.
Składała się ona z jednego pomieszczenia z kominkiem. Nieznajomy skinął głową.
— Dunstanie Thornie, wynajmę ją od ciebie na następne trzy dni.
— Co za to dostanę?
— Złotego suwerena, srebrną sześciopensówkę, miedziaka i lśniący grosik — oznajmił mężczyzna.
Suweren za dwie noce był bardzo uczciwą zapłatą w czasach, gdy robotnik rolny w dobrym roku zarabiał piętnaście funtów. Mimo to jednak Dunstan się zawahał.
— Jeśli przybywa pan na jarmark — rzekł do mężczyzny — to pewnie handluje pan cudami i dziwami. Jego towarzysz przytaknął.
— A zatem pragniesz cudów i dziwów?
Ponownie rozejrzał się po jednopokojowej chacie Dunstana. W tym momencie zaczął padać deszcz. Krople zaszeleściły na strzesze.
— No dobrze — rzekł niecierpliwie wysoki przybysz. — Dostaniesz swój cud, swój dziw. Jutro spełnisz Pragnienie swego Serca. A oto twoje pieniądze.
Zręcznym gestem wyjął monety z ucha Dunstana. Dunstan przytknął je do żelaznego gwoździa tkwiącego w drzwiach, sprawdzając czy nie są ze złota wróżek. Potem skłonił się nisko i wyszedł na deszcz. Pieniądze ukrył w tobołku z chustki.
W coraz mocniejszym deszczu Dunstan dotarł do obory, wspiął się na stryszek na siano i wkrótce zasnął.
W nocy, pogrążony w półśnie, usłyszał gdzieś w pobliżu donośny grzmot, a potem wczesnym rankiem obudził się nagle, gdy ktoś niezdarnie nadepnął mu na nogę.
— Przepraszam — usłyszał czyjś głos. — To znaczy, proszę mi wybaczyć.
— Kto to? Kto mówi? — spytał Dunstan.
