
Z zatroskaniem kiwali głowami nad schyloną nad grobem wychudzoną kobietą. Została z niej tylko skóra i kości. Później już o Marit nie myśleli, podlegali bowiem temu samemu panu i dość mieli własnych kłopotów.
Marit od mniej więcej dwóch lat dokuczały silne bóle z prawej strony brzucha. Ostatnio znacznie się nasiliły, pojawiały się też częściej.
Podczas samotnych nocy, kiedy głód dręczył jej ciało, a troski duszę, bóle wydawały się po dwakroć silniejsze. Leżała na boku, z kolanami podciągniętymi pod brodę, cicho pojękując, albo siadała skurczona, ze strachem wsłuchując się w wysyłane przez ciało sygnały. Przeczuwała, że dzieje się coś bardzo, bardzo niedobrego. Kiedy nie pomagała już żadna zmiana pozycji, wstawała i z wysiłkiem chodziła po maleńkiej izdebce, przytrzymując się wezgłowia łóżka, stamtąd przesuwała ręce na oparcie krzesła, później na okap, i z powrotem. Bała się choćby na moment pozostać bez oparcia, bo raz była bliska omdlenia, a rozumiała, że nie może leżeć nieprzytomna na ziemi.
Co mogę zrobić? myślała z rozpaczą. Co się ze mną stanie?
Właściwie nie bała się śmierci, bo na cóż jej żyć, ale nie chciała umierać tak marnie, samotna i opuszczona. Przecież mogło się zdarzyć, że długo będzie leżeć, zanim ktoś przyjdzie i odnajdzie jej zwłoki. Nie chciała cuchnąć, kiedy ją znajdą. Ale przecież wkrótce i tak przyjadą ze dworu, żeby ją wyrzucić… Takie myśli kłębiły jej się w głowie; ze strachem myślała o nawiązaniu jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi.
Pewnego razu po wielu bezsennych, wypełnionych lękiem godzinach, kiedy wreszcie nad ranem zdołała usnąć, miała sen. Śniło jej się, że ojciec ciągle żyje, bezustannie wydaje jej polecenia, wymachując w jej stronę laską, a ona w kółko biega, by spełnić wszystkie jego rozkazy… W tym momencie się obudziła.
– Dzięki ci, dobry Boże, że to był tylko sen – szepnęła. Oddychała ciężko, w głowie jej wirowało, czuła, jak bardzo jest słaba.
