
Kolejny atak bólu w prawym boku sprawił, że zgięła się wpół. Choć nic nie jadła już od tak wielu godzin, że nie była w stanie ich zliczyć, i żołądek miała całkiem pusty, poczuła ostre, nieubłagane mdłości.
Tak dłużej już być nie może, pomyślała Marit i postanowiła wstać. Kurczowo zacisnęła ręce na wezgłowiu łóżka. Chwiejąc się, stanęła na nogi. Teraz naprawdę była chora, musiała to przyznać. Własna wykrzywiona bólem twarz odbita w pociemniałym odłamku lustra na szafie uświadomiła Marit powagę sytuacji.
Co mam ze sobą zrobić? pomyślała co najmniej setny raz, teraz zdjęta już paniką. Czy nie czekała zbyt długo, łudząc się nadzieją, że wszystko się jakoś ułoży, że przyjdzie list z Ameryki?
Muszę dotrzeć do ludzi, pomyślała. Ale nie mam odwagi, nie potrafię z nimi rozmawiać, nie wiem nawet, jak mam się zachować.
Ach, pewnie tu umrę!
Ale godzinę później zdołała się jakoś pozbierać. Niemal czołgając się, zebrała najpotrzebniejsze rzeczy do podróżnego kosza. Z trudem udało jej się zarzucić go na ramiona. Do brzucha nie mogła się dotknąć, miała wrażenie, że ubrania wrzynają jej się w ciało, sprawiając tak wielki ból, że brakowało jej tchu.
Wyszła z domu, a właściwie posuwała się chwiejnie od drzewa do drzewa, potykając się i odpoczywając przy każdym pniu. Ani razu nie obejrzała się za siebie, nie popatrzyła ku Grodzisku, nawet o nim nie pomyślała. Ze wszystkich sił starała się zachować przytomność.
Miała zamiar dotrzeć do najbliższego sąsiada, który mieszkał daleko za bagnami na wschodzie. Bała się wyruszyć w dół do wioski, uznała, że to za daleko, na pewno nie starczyłoby jej sił.
Była późna jesień, a właściwie już początek zimy. Stąpała po gołej, zmarzniętej ziemi, otaczał ją chłód i przejrzyste niebieskie niebo. Na tle błękitu tu i ówdzie odcinały się czerwone kiście owoców jarzębiny i Marit z żalem myślała sobie, że to przecież jedzenie! Nie mogła jednak wyciągnąć ręki, by dosięgnąć jagód, nie była nawet w stanie się wyprostować.
