
Bagniska. Była już przy nich, poznała to po przestrzeni, jaka się przed nią otwarła. Wzrok mąciła jej gorączka i ból. Szron na delikatnych źdźbłach trawy porastającej mokradła połyskiwał niczym baśniowe diamenty.
Nie wchodź na bagna, gdy tak źle widzisz! Idź naokoło! Ale to tak daleko…
Nogi nie chciały jej dłużej nieść, teraz mogła już tylko pełzać. Skutki niedożywienia odezwały się z pełną mocą. Nie zdawała sobie sprawy, że jej dłoń wyciągnęła się do krzewinki moroszki, instynktownie rozpoznając rdzawobrązowe listki. Wiedziona prymitywnym odruchem włożyła je do ust i dopiero szelest suchych listków sprawił, że się ocknęła.
Co ja robię? pomyślała z rozpaczą, plując i kaszląc. Naprawdę doszło aż do tego?
Wybuchnęła płaczem. Z piersi wydobył jej się głęboki, suchy szloch, który niczym ogień rozdarł obolałe ciało.
Ten ból odebrał Marit resztę sił. Nie mogła już dłużej nad sobą panować; poczuła, że traci świadomość. Ramiona przestały jej słuchać, osunęła się na ziemię i tak już została, pogrążona w głębokim omdleniu.
Jej ostatnia myśl była tak niejasna, że wprost trudno nazwać ją myślą. „Nie było dla mnie miejsca na świecie. Nie chciał mnie.” Przez zamknięte powieki ujrzała, jak czarny jerzyk zanurkował w dół, po czym z radosnym świergotem wzbił się pod niebo. W piersi Marit wezbrał bezbrzeżny żal, wszystko jednak było tak niejasne, zamglone, mógł to być tylko sen, który rozwiał się tak prędko, że nie pozostało po nim nawet wspomnienie.
Znalazło ją dwoje dzieci.
Rodzeństwo, chłopczyk z młodszą siostrzyczką, w mroźny poranek zostało wysłane na zbieranie porostów. Dzieci zaszły daleko, nastała akurat najjaśniejsza pora dnia, kiedy tuż na skraju bagien dostrzegły leżącą nieruchomo kobietę. Pokrywał ją biały szron, wyglądało na to, że kobieta nie żyje.
Najpierw się przestraszyły i chciały uciekać, ale w chłopcu zwyciężyła ciekawość. Podeszły bliżej i wtedy dostrzegły, że klatka piersiowa kobiety, choć powoli i z wysiłkiem, podnosi się jednak i opada.
