
Na to jednak Lilja się nic zgodziła. Nigdy w życiu tak nie zrobi, to przecież naruszenie cudzej prywatności. Jeśli nie zastanie tej kobiety, matka będzie musiała iść tam sama.
Lilja stanęła na schodach. Długo zwlekała, zanim wreszcie zdecydowała się zadzwonić.
Założono nowy dzwonek, wygrywający wesołą melodyjkę… Lilja nie była pewna, czy dobrze pamięta, lecz wydawało jej się, że tekst tej piosenki jest bardzo frywolny.
Nikt nie otwierał. Zadzwoniła jeszcze raz i czekała. Za drzwiami rozległo się szuranie kapci, a potem w szczelinie uchylonych drzwi pojawiła się zaspana i bardzo poirytowana twarz.
Kiedy drzwi otworzyły się na pełną szerokość, okazało się, że Zenda Brown jest w szlafroku czy też może raczej w niezwykle zalotnym peniuarze. Włosy miała rozczochrane i z jednej strony spłaszczone, powieki zapuchnięte, a w kącikach nad oczami przezroczyste worki, charakterystyczne dla ludzi nadużywających alkoholu lub tabletek albo pojawiające się po długim płaczu. Ta kobieta jednak nie wyglądała na osobę zasmuconą.
– Proszę mi wybaczyć, że przychodzę akurat w środku poobiedniej drzemki – zaczęła Lilja dyskretnie, choć była przekonana, że dla Zendy Brown dzień jeszcze się nie zaczął.
Przedstawiła się i wyjaśniła, z jaką sprawą przychodzi.
Nowa właścicielka willi popatrzyła na nią niezbyt przytomnie.
– Maszyna do szycia? Ach, ta maszyna? – zachrypiała niewyraźnie.
Tak brzmieć może głos jedynie po solidnym pijaństwie poprzedniej nocy. Lilja miała w tej kwestii spore doświadczenie, przeżyła przecież niejeden późny poranek ojca.
– No tak, gdzie ona się podziała? – Zenda Brown usiłowała obudzić i zmusić mózg do myślenia. – Pomyślałam sobie, że to jakiś stary rupieć, i zamierzałam ją wyrzucić, ale potem doszłam do wniosku… Jak to było? No, tak, ona chyba wciąż tu jest, tak przypuszczam. Zestawiłam ją chyba na podłogę, bo potrzebowałam tamtego miejsca. Miałam zamiar zadzwonić do was, ale…
