
Wyciągnęła z kieszeni papierosa i zapaliła go trzęsącymi się rękami.
– Może poszłabyś po nią sama? Chyba trafisz? Ja się dzisiaj nie najlepiej czuję, to było… – Zaciągnęła się dymem. – Dlatego właśnie leżałam w łóżku, kiedy przyszłaś.
Słowa były dość życzliwe, lecz w zachrypniętym głosie brzmiała złość. Zapewne najchętniej wrzasnęłaby: „Czego tu, u diabła, szukasz tak wcześnie”, pomyślała Lilja.
Ale może jednak jest niesprawiedliwa wobec tej udręczonej kobiety? Może Zenda Brown naprawdę jest chora, tak jak mówi?
Lilja podziękowała z nieśmiałym uśmiechem i weszła do środka. Odłożyła kurtkę na jakieś krzesło, tylko jej przeszkadzała.
Ojej! Jak tu wszystko się zmieniło! I jaki tu zapach! Czy też raczej niezwykle mocna woń perfum. Przedpokój przemalowany, salon także, położono nowe tapety. Pokój wygądałby całkiem stylowo, gdyby nie szczegóły: poduszki z nadrukami na ciemnym aksamicie, tu i ówdzie lśniące jedwabne frędzle, posążki Murzynek dźwigających popielniczki i portrety płaczących dzieci. Jak się nazywa taki styl? Kicz?
Zobaczyła, że słuchawka telefonu jest odłożona.
Piętro było urządzone z jeszcze większą przesadą, jeśli idzie o ozdoby. Pokonawszy schody, okryte różowym dywanem z wzorem w autorki, Lilja zajrzała na moment do sypialni, przypominającej komnatę zapomnianego haremu z filmu o szejku arabskim z lat dwudziestych. Tu zapach perfum był wprost odurzający, trudny do zniesienia. Czym prędzej pospieszyła na strych, żeby mieć czym oddychać.
Maszyna do szycia, stary, ręcznie napędzany singer, rzeczywiście stała na podłodze pod jakimiś półkami. Brakowało pokrywy, lecz poszukawszy chwilę, Lilja znalazła i ją. Niestety, nie dało się jej zamknąć, dziewczyna musiała więc wziąć zakurzoną maszynę po prostu pod pachę. Wiedziała, że długo tak nie wytrzyma, zaraz rozboli ją ręka i biodro, czym prędzej więc zeszła na dół.
