
– Oczywiście, mamo – zapewniła Lilja lekko poirytowana. – Nasz związek jest najzupełniej platoniczny.
Przygnębiająco platoniczny, dodała w myśli z goryczą.
Ręce jej się trzęsły. Która może być godzina?
Stanowczo za późno. Zdenerwowana postawiła maszynę na kuchennej ladzie i pomknęła do swego pokoju, żeby się przebrać. Nie zważała więcej na urażone okrzyki matki.
Na wielkim rynku w Sadze Lilja znalazła się stanowczo zbyt wcześnie. Gdzie ma się spotkać z Goramem? Przy fontannie na środku? Czy przy restauracji? A może koło schodów wiodących do pałacu Marca? Szkoda, że matka była tak mało precyzyjna.
Lilja cieszyła się bardzo, że jej długie jasne loki lśnią świeżo umyte. Ubrała się w jasnoniebieski kostium spacerowy, idealnie pasujący do jej błękitnych oczu i doskonale leżący. Nie chciała zanadto się stroić, jeszcze mogłoby się wydawać, że za bardzo jej na nim zależy.
Ale przecież tak właśnie było.
Jaką on może mieć do niej sprawę? Ta myśl nie opuszczała jej nawet na chwilę, odkąd matka przekazała jej wiadomość. Może, może, może po prostu chce się z nią ot, tak sobie, spotkać? Tak byłoby najprzyjemniej.
Jej przyjaciel i rycerz, ascetyczny i szlachetny.
Och!
Czyżby zaczynał się wahać?
Nie, tak nie wolno jej myśleć. Obiecała wszak, że będzie go wspierać w dążeniu do szczytnego celu i spełnianiu dobrych uczynków, nie może więc nagle zacząć oczekiwać czegoś zupełnie innego.
Ale czego on może od niej chcieć?
Wielki zegar na ścianie ratusza pokazywał, że do wyznaczonej pory wciąż brakowało kilku minut…
A jeśli on nie przyjdzie?
Gdzie powinna stanąć, jak powinna stać?Wyprostowana czy też nonszalancko oparta o ścianę? Nie, to nie w jej stylu, Rozplotła dłonie, które nerwowo zaciskała. Ach, włożyła nie te buty, do jasnoniebieskiego nie powinna była…
