
– Tsi, twoja córka mnie terroryzuje – zaśmiał się Marco.
– Och, jej! – przeraził się Tsi. – Zaraz po nią przyjdę.
– Nie, nie, nie trzeba – uśmiechnął się Marco i wyjaśnił przyczynę wezwania. – Bardzo nam tu przyjemnie we trójkę. Trzymaj się, Tsi!
Marco prędko wyłączył ekran, bo Kata zaczynała się już niecierpliwić.
– Telaz ja, moje taty!
No tak, to było dość skomplikowane. Nikt poza samymi Madragami nie wiedział, kto tak naprawdę jest ojcem Katy. Oni posługiwali się swoimi bardzo zawiłymi tablicami dziedziczenia.
– Telaz ja! – Kata wrzasnęła tak, że Marcowi w uszach zatrzeszczały bębenki.
– Dobrze, dobrze, Kato, możesz nacisnąć na… na… Z lękiem zastanowił się, ile klawiszy zdoła naraz objąć duża rączka dziewczynki. Wreszcie wskazał na jeden, położony nieco bardziej z. boku.
– Ten!
Kata machnęła ręką i opuściła ją wreszcie na panel sterowania z taką silą, że wszystko zatrzeszczało. Ale wcelowała dobrze, sygnał alarmowy rozległ się w całym pałacu. Dziewczynki aż zapiszczały z radości.
– Dobrze, że dzisiaj jestem w domu sam – mruknął Marco. – Inaczej zbiegłby się tutaj cały sztab, ciągnąc węże przeciwpożarowe.
– Weze zalowe – powtórzyła Gwiazdeczka, a zaraz po niej Kata jak wierne echo.
Obie dziewczynki raz. po raz wypowiadały nowe słowa, śmiejąc się przy tym radośnie.
Na jednym z aparatów błysnęło światełko i Marco zaraz potem podniósł kartkę, która się wysunęła. Z wielką ulgą zestawił obie dziewczynki na ziemię, Kata bowiem musiała ważyć co najmniej siedemdziesiąt kilo. Potem zmarszczył brwi.
Na samej górze kartki wydrukowany był zwykły emblemat Świętego Słońca, lecz, o dziwo, zobaczył tam również jeszcze inny znak.
Szeroko otwierając oczy ze zdumienia, patrzył na dwa pryzmaty, oparte o siebie i wierzchołkami skierowane w górę.
Symbol Obcych!
– Pobawcie się teraz moimi miniaturowymi zwierzątkami – powiedział do dziewczynek i nie patrząc na nie, wskazał drugi koniec pokoju.
