
Słyszał ich kroki, lecz cała jego uwaga skoncentrowana była na kartce, którą trzymał w ręku.
Gdy już ją przeczytał, podniósł głowę i cicho szepnął do siebie:
– Co to może znaczyć?
Zalana łzami Lilja, wróciwszy do domu, na kuchennym stole znalazła wiadomość od matki.
Dzwoniła ta Zenda Brown, zostawiłaś u niej kurtkę. Jak można być taką nieporządną? Obiecałam, że przyjedziesz po nią wieczorem.
O, nie, nie pojadę tam jeszcze raz, pomyślała Lilja. Prawie nigdy nie noszę tej kurtki, a nie mam najmniejszej ochoty ponownie spotykać się z tą kobietą. Nie pojadę tam za nic w świecie, a już na pewno nie dzisiaj. Ta kurtka może poczekać.
W liściku matki był jeszcze dopisek: A poza tym kiedy masz zamiar wysadzić swój krzew róży? Niedługo uschnie.
Ach, całkiem zapomniała o tej róży, tyle miała innych spraw.
Po twarzy znów zaczęły toczyć jej się łzy. Goramie, Goramie, nie chcę dłużej żyć!
5
Zendę Brown czekała tego dnia wizyta jeszcze jednego nieproszonego gościa. I była ona znacznie poważniejsza aniżeli odwiedziny mało znaczącej, nieśmiałej dziewczyny jak Lilja, Zjawił się u niej Strażnik, w dodatku Lemuryjczyk. Zenda nienawidziła i Strażników, i Lemuryjczyków, sama nie wiedziała, którzy brzydzili ją bardziej.
A ten tutaj przyszedł w bardzo nieprzyjemnej sprawie.
Przedstawił się, powiedział, że ma na imię Sardor. Zendy wcale to nie obchodziło, z doświadczenia bowiem wiedziała, że Lemuryjczycy nie dają się uwieść. Patrzyli na nią tylko z pogardą zmieszaną ze współczuciem i chyba właśnie za to ich nienawidziła.
Ten tutaj chciał jej dać do wypicia łyk owego fatalnego wywaru.
A Zenda wcale nie zamierzała go wypijać.
– Nie mam teraz na to czasu oświadczyła krótko. – Za parę minut odwiedzi mnie mój dobry przyjaciel, lepiej więc będzie, jeśli pan sobie stąd pójdzie.
