
Strażnik popatrzył na nią z dziwną miną.
– Jeśli myślisz o fabrykancie butów, Wellsie, to chciałbym przekazać ci od niego pozdrowienia i powiedzieć, że on już więcej cię nic odwiedzi. Wypił wywar i pojął, jaką krzywdę wyrządzał swojej żonie tymi wizytami u ciebie. Liczył na to, że go zrozumiesz, kiedy sama wypijesz eliksir. To samo mówili dyrektor i adwokat, którzy od czasu do czasu cię odwiedzali.
Zenda zapomniała języka w gębie. Jak oni mają czelność, jak mogą przekazywać taką wiadomość przez jakiegoś Strażnika? I iluż to klientów już zdążyła stracić? A ilu jeszcze utraci?
Widziała, jak jej z mozołem budowany świat powoli rozsypuje się w gruzy.
Coś trzeba zrobić. I to prędko!
Sardor stal odwrócony plecami, wziął właśnie do ręki kurtkę tej dziewczyny i spytał:
– To nie jest ubranie w twoim stylu, do kogo należy?
Zenda, będąc osobą o gwałtownym usposobieniu, na moment pozwoliła, by uczucia przesłoniły jej rozsądek. Myślała jedynie o tym, co dzieje się tu i teraz, a takie słowo jak „konsekwencje” nie przyszło jej nawet na myśl. Widziała jedynie mężczyznę, który starał się zniszczyć jej życie.
Owszem, nawet zaświtała jej w głowie pewna myśl o tym, jak cała sprawa może się skończyć, lecz kierowała się w jedną tylko stronę. Sardor trzymał w ręku kurtkę Lilji, a to mogła być doskonała poszlaka. Zenda ujęła w dłoń nieduży, lecz ciężki posążek i uderzyła z całej siły.
Sardor upadł w przód, a jego krew pociekła na kurtkę, którą trzymał w rękach.
Zenda ledwie sekundę stała nieruchomo. Przez głowę lotem błyskawicy przeleciało jej kilka myśli: Lilja może zjawić się w każdej chwili. Jej, Zendy, przez całe popołudnie nie widział nikt.
Czym prędzej wsunęła do kieszeni kurtki dziewczyny swój naszyjnik. Potem ścierką wytarła posążek, żeby usunąć odciski swoich palców, i gorączkowo rozejrzała się dokoła. Co jeszcze musi zrobić? Co musi zrobić?
