
Marco popatrzył na Katę. Miał wiele czułości dla tego „małego” Madrażątka. Misa ubrała córeczkę w różową sukienkę z marszczeniami i falbankami, co ani trochę nie pasowało do wyglądu dziewczynki.
Gwiazdeczka, elfie dziecko, była jej zupełnym przeciwieństwem, lecz obie dziewczynki trzymały się razem jak ziarnka groszku z tego samego strąka. Obie też rosły i dojrzewały w przerażającym wręcz tempie. Marco wiedział, że właściwie w każdej chwili zaczną już mówić wyraźnie, a tak bardzo pragnął, żeby jeszcze długo zostały czarującymi maluchami.
Miał jednak pełną świadomość, że to próżne życzenia. Za dwa lata Kala na pewno będzie już dorosła, Gwiazdeczka prawdopodobnie również. O niej wiedziano niewiele, w jej żyłach wszak płynęła krew człowieka, Lemuryjczyka, Istoty ziemi i elfa. Nikt nie potrafił przewidzieć, jak będzie przebiegał jej rozwój.
Obie dziewczynki jednak były naprawdę czarujące, Marco doskonale się czuł w ich towarzystwie.
Przywołał Siskę i Misę, które zaraz przyszły po swoje pociechy, ale na siłę musiały rozginać paluszki uczepione nóg stylowego stołu Marca.
– Co się stało, Marco? – spytała Miranda, która zjawiła się razem z przyjaciółkami, – Taką masz poważną minę.
– Owszem – odparł.
Postanowił poświęcić chwilę na wyjęcie z wózeczka bardzo nierozwiniętego w porównaniu z dziewczynkami Harama. Chłopczyk był wszak „jedynie” zwyczajnym ludzkim dzieckiem. Marco bardzo go pochwalił i Miranda zaraz rozpromieniła się uszczęśliwiona.
– Owszem, jestem poważny, otrzymałem bardzo dziwną wiadomość. Wkrótce i wy, wszystkie trzy, zostaniecie wezwane.
– Czy chodzi o dzieci? – wystraszyła się Siska.
– O, nie, wcale nie. Już niedługo się dowiecie o wszystkim, muszę tylko najpierw omówić to z Ramem.
Młode matki wyniosły swoje rozkrzyczane pociechy. Długo jeszcze Marco słyszał rozdzierające wołanie: „Ja tez jadę!”
