Pociągająca jest myśl o Stwórcy, który się po prostu bawił, lecz wchodzimy tu w błędne koło: wyobrażamy go sobie złośliwym nie przez to, że nas takimi uczynił, ale przez to, że sami tacy jesteśmy. Tymczasem owa marginalność i kompletna nieważność człowieka, postawionego wobec Kosmosu, o jakiej powiadamia nas nauka, czyni mit manichejski pomysłem prymitywnym aż do trywialności. Wypowiem to inaczej: gdyby kreacja miała zajść – czego zresztą nie dopuszczam myślą – to ów poziom wiedzy, jakiej wymaga ona koniecznie, jest już tego rzędu, że nie ma tam miejsca na głupawe żarty. Albowiem – i to jest właściwie całe credo mojej wiary – nic takiego, jak doskonała mądrość zła – nie jest możliwe. Powiada mi rozumowanie, że Stwórca nie może być małym szują, manipulatorem, ironicznie zabawiającym się tym, co stwarza. To, co mamy za wynik interwencji złośliwej, mogłoby tylko być zrozumiałe jako zwyczajne przeliczenie, jako błąd, ale wówczas wkraczamy w obręb nie istniejącej teologii bóstw ułomnych. Otóż domena ich budowlanych praktyk nie jest niczym innym, jak terenem mojej właśnie pracy życiowej, to znaczy – statystyką.

Każde dziecko dokonuje bezwiednie odkryć, z których wyrosły światy Gibbsa i Boltzmanna, ponieważ rzeczywistość jawi mu się jako wielość możliwości dających się wyodrębnić i budzić tak łatwo, że jakby samorzutnie. Dziecko otoczone jest mnogością wirtualnych światów, całkowicie obcy jest mu kosmos Pascala, zesztywniały w zegarowym chodzie trup, miarowo ruchliwy. Spetryfikowany ład dojrzałości niszczy potem owo pierwotne bogactwo. Jeśli ten wizerunek dzieciństwa wyda się jednostronny choćby przez to, że dziecko ignorancji, a nie wyborowi zawdzięcza wewnętrzną swobodę, to ostatecznie każdy wizerunek nim jest.



11 из 208